Obcy w moim domu
Tego sobotniego dnia Katarzyna postanowiła pojechać do rodzinnego domu. Minęły zaledwie trzy miesiące od śmierci matki, a przez cały ten czas nie mogła się zebrać, by przejrzeć jej rzeczy. Dom stał pusty, bez opieki. Sąsiedzi to sami staruszkowie – jedni wyjechali do dzieci, inni wynajęli mieszkania lokatorom. Kiedyś obok mieszkali Nowakowie, z których dziećmi Kasia bawiła się w dzieciństwie, ale teraz i ten dom zajmowali jacyś obcy ludzie. Nie było komu nawet poprosić o pomoc.
Mąż wyjechał o świcie na ryby, a nastoletnia córka, w słuchawkach na uszach, machnęła ręką, gdy matka zaproponowała jej wspólne spędzenie dnia. Katarzyna pomyślała: dość zwlekania. Pojadę, rozejrzę się, może zacznę porządki, a potem wpadnę do Kingi – przyjaciółka od dawna zapraszała ją na herbatę. Zamówiła taksówkę i stała przed blokiem, wspominając ulicę swojego dzieciństwa – przytulną, spokojną, z własnym zapachem i światłem. Z każdą minutą, gdy samochód zbliżał się do domu, niepokój ściskał jej serce – tęskniła za rodzicami aż do bólu.
Kilka przecznic przed domem wysiadła, postanawiając przejść się pieszo. Im bliżej była, tym silniejsze ogarniało ją dziwne uczucie. Przed furtką stanęła jak wryta.
— Co za… — szepnęła.
Okienko w domu było otwarte, zasłony rozsunięte, chociaż dokładnie pamiętała, że wszystko zamknęła. Zamek – wyważony. W środku na pewno ktoś był. Albo, co gorsza, nadal tam był.
Zadzwoniła do męża – telefon poza zasięgiem. Rozejrzała się – na ulicy ani żywej duszy. Słoneczny jesienny weekend, wszyscy gdzieś wyjechali. Katarzyna zastanawiała się, czy nie wezwać policji, ale wtedy ogarnęło ją lodowate przeczucie.
— A jeżeli… to Marek?
Rzeczywiście ostatnio zachowywał się dziwnie. Był albo oderwany od rzeczywistości, albo nagle wesoły, jak na huśtawce. Może „wypad na ryby” to tylko przykrywka, a on tu jest, z kochanką? Ta myśl przeszyła ją jak nóż. Nie chciała w to wierzyć, nie potrafiła sobie go tak wyobrazić. Ale nie mogła też odrzucić tej podejrzliwości.
Stała tak z dziesięć minut, wpatrując się w okna. Nagle – kobiecy śmiech. Dźwięczny, radosny, jakby ktoś cieszył się życiem… w jej rodzinnym domu! Wszystko w niej się skurczyło.
I nagle – trzasnęły drzwi. Z domu wyszła szczupła kobieta w krótkim szlafroku, z ręcznikiem w dłoni. Skierowała się w stronę przybudówki z sauną.
— Kochanie, no chodź ze mną! Sama się nudzę! — zawołała do środka.
Katarzyna zdrętwiała. Młoda, ładna… Oczywiście, że ją zamienił na taką! Teraz wszystko stało się jasne.
Zaciśnięta w sobie, zdecydowanym krokiem podeszła do furtki. Sprytnie rozejrzała się po podwórku, znalazła patyk i podparła nim drzwi do sauny, żeby „gość” nie przeszkadzał. Potem na ganku zauważyła stary pas ojca – ciężki, z masywną klamrą. „Idealny”, pomyślała.
Wpadła do domu i zobaczyła nakryty stół, butelkę szampana i włączony telewizor. A na kanapie w salonie – spaKatarzyna odwróciła się i zobaczyła, jak z kuchni wychodzi Marek, trzymając w rękach tacę z pierogami, a jego zdziwiona mina rozwiała wszystkie jej podejrzenia.



