Blizny i przyjaźń: opowieść o niezłomnej duszy

Blizny i przyjaźń: historia niepokonanej duszy

Siedzimy z Karoliną na jej balkonie na 15. piętrze nowego apartamentowca na obrzeżach Krakowa. Karolina z ojcem i babcią wprowadzili się tu cztery lata temu. Jej ojciec jest prawnikiem w firmie deweloperskiej, która budowała ten budynek. Wybrali mieszkanie z przestronnym balkonem specjalnie dla Karoliny, żeby mogła rozwijać swoją pasję. Ojciec mógł sobie na to pozwolić. Balkon jest ocieplony: podgrzewana podłoga, kaloryfery, ściany wykończone reliefową płytką przyjemną w dotyku. Karolina ma obsesję na punkcie roślin doniczkowych i akwariowych rybek. W mieszkaniu jest pięć akwariów – po jednym w każdym pokoju i tu, na balkonie.

To akwarium jest narożne, z miękkim podświetleniem i skomplikowanym systemem filtracji, o którym nie mam pojęcia, a Karolina potrafi opowiadać godzinami. W środku stoi ceramiczny zamek z łukami i wieżyczkami. Rybki wypływają z jego okien, jak strażnicy podwodnego królestwa. Cztery jaskrawo-pomarańczowe, których nazwy zawsze zapominam, i jedna wyjątkowa – sum, którego Karolina nazywa brązowym glonojadem. To sanitariusz akwarium, sprzątacz.

Karolina wie o swoich rybkach wszystko. Jest aktywna na forumnach akwarystycznych, pisze artykuły dla tematycznych stron, jest tam szanowana. Z taką samą pasją kocha rośliny. Po przeprowadzce jej pokoje zamieniły się w kwitnącą dżunglę. Na balkonie pnie się bluszcz, wiszą doniczki z fiołkami, stoją miniaturowe świerki i bonsai.

Siedzimy w tej zielonej oazie, patrząc przez wielkie okno na Wisłę, dachy domów i park w oddali. Po prawej stronie w dole huczy trasa prowadząca do Niepołomic i Wieliczki. Karolina opowiada o wyprawie z tatą po jagody. Zapuścili się w taką głuszę, że tylko ich terenówka dała radę tam dojechać. Nazbierali pełne kosze, potem trzy dni z babcią gotowali konfitury.

— Szkoda, że tata teraz prawie nie bywa w domu. Pracuje nawet w weekendy. Pogoda jest super, a niedługo zaczną się deszcze i nie wybierzemy się nigdzie. Ola, może jeszcze raz spróbujemy zrobić zdjęcia? — Karolina patrzy na mnie błagalnie.

Wzdycham. Idziemy do jej pokoju – równie zielonego i przytulnego jak balkon. Karolina siada przed samodzielnie zrobionym białym tłem. Robię kilka zdjęć, potem próbujemy je obrobić na laptopie. Potrzebuje fotografii do dokumentów, ale zadanie wydaje się niemożliwe.

Zdjęcia nie wychodzą. Albo jestem kiepskim fotografem, albo chodzi o coś innego.

— Karo, przestań się przejmować. Na dole jest studio fotograficzne, zaraz zbiegnę i się dogadam.

Karolina niechętnie się zgadza. Wchodzi na fotel na balkonie, otula się kocem i odwraca do okna.

Biorę klucze i zbiegam na dół. Fotograf – młody facet, nudzi się przy ladzie. Tłumaczę, że potrzebujemy zdjęć do dokumentów, ale będziemy robić je w domu, na 15. piętrze.

— To będzie kosztować…

— Nie obchodzi nas ile. Zdjęcia są potrzebne dzisiaj, na już.

Wchodzimy na górę. Facet zamiera przed akwarium na balkonie, zachwycony, wpatrując się w rybki. Kręcę się nerwowo.

— Proszę pana… Postaraj się nie skupiać… Dziewczyna ma mocno poparzoną twarz, dlatego nie przyszła do studia. Proszę…

— Spoko. Klient płaci, reszta to nie moja sprawa.

Wołam Karolinę. Wychodzi, owinięta kocem jak w kokon, siada przed tłem w milczeniu. Fotograf ustawia aparat, zerka na nią ciekawsko.

— Gotowe. Zdejmij koc.

Karolina powoli odsłania twarz, prostuje się. Twarz fotografa blednie, w oczach pojawia się szok.

— Cholera… — wymyka mu się.

— Rób pan zdjęcia — mówi głucho Karolina.

Szybko pstryka kilka razy, a ja wyprowadzam go do drzwi.

— Siostra?

— Nie, najlepsza przyjaciółka. Jest niesamowita, silna…

— Wierzę. Ale następnym razem uprzedź wcześniej.

— Przecież uprzedziłam…

— No tak, ale jak zobaczyłem… Od ilu lat tak wygląda?

— Dwadzieścia dwa.

— O kurde… Biedactwo.

Podaję mu pieniądze. Odmacha ręką:

— Za godzinę przychodź, zdjęcia będą gotowe.

Wracam do Karoliny. Znów jest na balkonie, w kocu, ramiona drżą – płacze. Przytulam ją, głaszczę po głowie, kołyszę jak dziecko.

— Wszystko w porządku, Karo. Wszystko mija, i to też minie. Patrz, liście w parku już żółte. Chcesz, żebym poszła po twoje ulubione klonowe? Albo po lody? Urządzimy ucztę?

— Lody są w lodówce, Olu. Jedz… Nie chce mi się.

Dziesięć lat temu szłam znanym korytarzem szpitala w Krakowie. Mijane pielęgniarki, lekarze, salowe uśmiechały się do mnie, witałam się ze wszystkimi.

Na dyżurce siedziała starsza pielęgniarka:

— Ola, ile w domu byłaś? Cztery miesiące? Znowu się cerujesz?

— Ta, Teresa. Mam nadzieję, że ostatni raz.

— Zobaczymy, gdzie cię wpakujemy… Pierwsze oddział w remoncie, u nas ciasnota. Nawet na dziecięcej łóżka ścisnęli.

Zajrzałam przez szybę na dziecięcy oddział. Dziesięć łóżek zamiast sześciu, wszystkie zajęte.

— Miejsce jest w 12. Chcesz?

— Półboks? Jasne!

Teresa westchnęła, uśmiechnęła się krzywo.

— Chodź. Tam jest fajna dziewczyna, Karolina Nowak. W waszym wieku. Tylko… trzeba się do niej przyzwyczaić. Też się poparzyła. Mocno.

— Poparzyła się, co za problem. Widziałam już różne rzeczy.

12. sala to prawie luksus. Prysznic, toaleta, mała lodówka, dwa funkcjonalne łóżka. Można nawet telewizor postawić.

Weszłam. Moje łóżko przy drzwiach stało puste. Przy oknie siedziała postać owinięta w koc po głowę. Pielęgniarka włączyła światło, pomogła rozłożyć rzeczy. Dziewczyna milczała, patrząc spod koca. Widać było tylko oczy.

— Karolinko, to Ola. Jest dobra, wyłaź.

Pielęgniarka pociągnęła za koc. Zamarłam. Karolina nie miała twarzy. Żadnych włosów, uszu, zamiast nosa – dziurki, warg prawie nie widać. Szyję podtrzymywał gorset z gąbki. Nie miaKarolina wyciągnęła ku mnie dłoń, poplamioną bliznami, a ja bez słów ujęłam ją w dłonie, bo niektóre rany goją się tylko w cieple przyjaźni.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × cztery =

Blizny i przyjaźń: opowieść o niezłomnej duszy