Blask Cyny

Ołowiane światło

Kiedy Witek wrócił do swojego miasteczka, zagubionego między wzgórzami środkowej Polski, nikt nie wiedział, po co to zrobił. Sam też nie potrafił tego wyjaśnić. Poranek był pochmurny, z drobnym deszczem, który natychmiast wsiąkał w asfalt. Wstał, zaparzył gorzką herbatę, spakował podniszczoną torbę, wrzucając tam starą skórzaną kurtkę, która pachniała wilgocią i solą, zapalniczkę Zippo, podarowaną kiedyś przez Szymona, oraz bilet w jedną stronę. Bilet kupił na chybił trafił, jakby czyjaś niewidzialna ręka prowadziła jego palce po klawiaturze.

Miasteczko przywitało go zapachem mokrej ziemi, zardzewiałego żelaza i zmęczonymi cieniami od odrapanych bloków. Wszystko było niemal takie samo jak piętnaście lat temu – tylko farba na ścianach bardziej wyblakła, rdza na poręczach wżarła się głębiej, a szyldy nad sklepami migały przygaszonym neonem, jakby się dusiły. Ale najważniejsze – on sam się zmienił. A może stał się bliższy temu, kim był kiedyś? Trudno było w to uwierzyć.

Nazywał się Witek. Kiedyś wyjeżdżał stąd, trzaskając drzwiami tak mocno, że szyby zadrżały, na szybko pakując parę rzeczy do plecaka i wyrywając z rodzinnego albumu jedną fotografię – na której matka obejmuje go za ramiona, a nastoletni on, z ponurym spojrzeniem, patrzy gdzieś w bok, jakby przeczuwał coś nieuchronnego. Wtedy wydawało mu się, że nie tylko opuszcza to miasteczko – że zrzuca ze siebie starą skórę, wyrywa się z klatki, by odnaleźć wolność, nowe życie, coś prawdziwego.

Teraz tej wolności nie czuł.

Na dworcu nikt na niego nie czekał. I nie spodziewał się nikogo. Pociąg stanął, drzwi otworzyły się ze znużonym skrzypnięciem, ludzie wokół się spieszyli – do rodzin, do taksówek, do swoich spraw. Witek został na peronie, ściskając rączkę torby, wpatrując się w odrapaną ławkę pod znakiem „Bilety”. Wszystko tutaj było boleśnie znajome, aż do zgrzytu w skroniach.

Matka przeszła udar. Leżała w domu, prawie nieruchoma, tylko oczy ślizgały się po pęknięciach na suficie. Dzwonił kilka razy – słuchawkę odbierał ojciec. Mówił krótko, bez zbędnych słów. Ojciec miał teraz nową rodzinę, małe dzieci, które pewnie nawet nie słyszały o Witku.

Siostra zniknęła w Gdańsku, zostawiając tylko pocztówkę z widokiem na Motławę i napisem: „U nas wszystko w porządku”. Bez podpisu. Witek szukał jej – dzwonił, pisał, ale odpowiedzią była cisza. W końcu odpuścił. Zmęczył się.

Wynajął pokój u ciotki Hani – tej samej, która kiedyś piekła mu pierogi z kapustą, smarowała jodyną rozbite łokcie i opowiadała, jak jej mąż przepracował całe życie w tartaku, aż w końcu zmarł na zawał. Jej dom się nie zmienił: odrapane ściany, stary koc na kanapie, własnoręcznie uszyty pokrowiec na telewizorze. Ciotka Hania, przygarbiona, pachnąca ziołami i tanim mydłem, spojrzała na niego i pokiwała głową.

— Co, Wituś, znowu do naszej dziury? Nie przyzwyczaiłeś się tam? — zapytała, dolewając herbaty do popękanej filiżanki.

Wzruszył ramionami. — Musiałem. Po prostu… musiałem.

Czwartego dnia poszedł do opuszczonych szop.

Tam, gdy miał szesnaście lat, z Szymonem naprawiali starą „Warszawę”, odziedziczoną po dziadku. Marzyli, żeby przerobić ją w jakiś terenowy wóz i ruszyć na południe, nad morze. Nad morze nie dojechali. Tego roku Szymona wsadzili – bójka, butelka, śmierć. Miejscowi szeptali: „nie poszczęściło się chłopakowi”, ale Witek wiedział: to jemu się poszczęściło, że nie jego zabrali. Był obok, gdy to się stało, ale wtedy po prostu uciekł. Odszedł.

Potem była szkoła, praca, życie, które przypominało cudze ubranie – włożone, bo nie było nic innego. Szara egzystencja, bez jaskrawych barw, jak stary film, który oglądasz do końca, bo już za późno go wyłączyć. I oto znów jest tutaj, przy szopach, wśród zardzewiałego żelaza, zapachu oleju i porzuconych samochodów, jakby wrócił do korzeni, które dawno powinny zgnić.

Szymona, podobno, niedawno wypuścili. Można go było znaleźć w nędznym warsztacie na obrzeżach miasta, gdzie naprawiał stare „Syreny” – auta równie zniszczone jak on sam. Wieczorami pił, wpatrując się w mętną szybę, jakby szukał w ciemności znajomych cieni przeszłości. Witek nie wiedział, co powiedzieć, ale poszedł. Musiał.

Warsztat powitał go szczękiem metalu, skrzypieniem zardzewiałych wrót i zapachem benzyny, wżerającym się w ściany. Szymon siedział na piętach obok koła starego auta, kręcił kluczem, wpatrzony w śruby. Nie od razu podniósł głowę. Gdy to zrobił – jego wzrok był długi, ciężki, jakby próbował dostrzec w Witku tamtego chłopaka sprzed lat.

— Skąd ty się wziąłeś? Z księżyca spadłeś?

— Prawie. Z Gdańska.

— No i jak tam? Twój Gdańsk.

— Głośny. Zimny. Pusty.

Szymon chrząknął, wstał. Był cięższy, niższy, z tatuażem na szyi i blizną przez brew, jakby życie go oznaczyło, żeby nie zgubić.

— Ty wtedy zwiałeś.

— Zwiałem. Nie zaprzeczam.

Zawisła cisza, jak dym. W końcu Szymon westchnął:

— Dobra. Chodź, napijemy się. Koła i tak nie znajdziemy.

Siedzieli w szopie, pili herbatę z tanią wódką w blaszanych kubkach. Za wrotami gęstniał zmierzch. Było cicho, prawie jak w dzieciństwie. Tylko wtedy wszystko było przed nimi.

— Po co przyjechałeś? — spytał Szymon.

Witek milczał chwilę. Potem odpowiedział:

— Czasem chce się wrócić tam, gdzie wszystko poszło nie tak.

Szymon spojrzał na niego, mrużąc oczy, jakby widział go pierwszy raz.

— Tu już dawno wszystko zabetonowane. Wyjścia nie ma.

— Wiem.

Rano Witek wstał wczeWitek wsiadł do pociągu i patrzył przez okno, czując, jak ciężar przeszłości powoli zamienia się w lekkość, której nie spodziewał się odnaleźć.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście + pięć =

Blask Cyny