Nie za późno na szczęście? Nie, po prostu w samą porę…

Czyżby już za późno na szczęście? Nie. Właśnie w samą porę…

Gdy Weronika przeprowadziła się do małej wioski na Podlasiu, nawet nie przypuszczała, że zacznie tam nowy rozdział życia. Domek odziedziczyła po dalekiej krewnej – stary, z pochylonym gankiem. Od pierwszego dnia postanowiła jednak, że go odnowi, zacznie wszystko od nowa. Marzyła o ciepłym domu, w którym rozbrzmiewałby śmiech, pachniałby barszcz i panowałaby cisza pełna spokoju.

Pewnego dnia, kończąc przybudówkę, zauważyła kobietę idącą od przystanku autobusowego. Wysoka, smukła, z czymś miejskim w postawie. „Oto kobieta…” – pomyślała Weronika. To była Zofia, sąsiadka.

Później spotkały się przypadkiem pod sklepem wiejskim.
– Słyszałam, że pani to Weronika? A ja jestem Zofia – powiedziała, wyciągając dłoń.
Tak zaczęła się ich znajomość. Zofia szybko urzekła Weronikę – mądra, dobra, spokojna. Najpierw rozmawiały jak sąsiadki, potem coraz częściej, aż w końcu Weronika przyznała przed sobą: jest zakochana.

Zofia była od niej starsza o trzy lata. Wtedy miała już pięćdziesiąt osiem lat. Życie nie oszczędzało jej – pracowała, sama wychowywała syna, bo z ojcem dziecka nic z tego nie wyszło. Syn dorósł, wyjechał na studia, ożenił się, teraz mieszka z rodziną w innym województwie. Wnuczka ma już pięć lat, ale odwiedzają ich rzadko…

Zofia często siadała przy oknie i wspominała dzieciństwo. Mieli dużą rodzinę – sześcioro dzieci, rodzice i babcia. Dom maleńki, pieniędzy ledwo starczało. Zabawek też nie było. Babcia gotowała, prała, zajmowała się najmłodszymi, gdy rodzice harowali w polu.

Ojciec był stolarzem, przynosił pieniądze, ale wracał też podchmielony. Matka się z nim kłóciła, ale dzieci nie krzywdził. Gdy Weronika była w trzeciej klasie, ojciec niespodziewanie umarł. Zaraz po nim odeszła babcia. Matka została sama z sześciorgiem dzieci.

Od tamtej pory dzieciństwo Weroniki się skończyło. Została niańką dla młodszego rodzeństwa, gotowała, sprzątała, zapominając o koleżankach i zabawach. Kiedy w szkole zraniła rękę, spadając ze strychu, lekarze nie zdołali jej w pełni wyleczyć. Od tamtej pory lewa dłoń słabo ją słuchała. Praca w domu stała się trudniejsza, ale nie narzekała.

W internacie, do którego trafiła po ósmej klasie, Weronika jakby się odrodziła. Po raz pierwszy ją chwalono, znalazła przyjaciółki, poczuła się potrzebna. Najbardziej pokochała szycie – pracowała jedną ręką, ale wszystko wychodziło starannie i pięknie. Nauczyciele nie wierzyli własnym oczom, koleżanki z kursu były pod wrażeniem. Dwa razy w roku wracała do domu z własnoręcznie uszytymi prezentami dla bliskich.

Na drugim roku Weronika zakochała się w Jakubie. Był uważny, wesoły. Już wyobrażała sobie, jak wyjdzie za niego za mąż… Ale gdy powiedziała o tym matce, ta zimno odparła:
– Jaką ty przyszłość masz? Ręka chora. Zostaniesz sama.

Słowa matki zabolały. Jakub z czasem się oddalił. Po ukończeniu szkoły Weronika znalazła pracę, ale wkrótce firmę zamknięto. Musiała wrócić na wieś. I wtedy właśnie zaczęło się jej prawdziwe życie.

Sąsiadem okazał się Marek – wdowiec, który przyjechał z innej wioski. Wysoki, krzepki, o dobrych oczach. Zaczął zabiegać o Weronikę stanowczo, ale delikatnie. Nigdy nie wspominał o jej ręce, nigdy nie patrzył z politowaniem.

Po roku oświadczył się. Płakała ze szczęścia – nie wierzyła, że to możliwe. Że ktoś może ją pokochać bezwarunkowo.

Minęło wiele lat. Zbudowali przytulny dom, wychowali syna, przetrwali trudne chwile. Weronika wieczorami często gotuje barszcz i czeka, aż Marek wróci z pola.

Tamtego dnia wszedł przez furtkę zmęczony, ale uśmiechnięty:
– Już po siewach. Teraz możemy żyć dla siebie.

A ona tylko poprawiła ręcznik na kuchni i cicho odparła:
– Zawsze żyłam dla ciebie…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

6 + 15 =

Nie za późno na szczęście? Nie, po prostu w samą porę…