Dzisiejszy dzień był ciężki. Pół roku minęło od śmierci mojej żony, a ja wciąż nie umiem oswoić tej pustki. Dom bez niej to tylko cztery ściany, w których moje kroki odbijają się jak echo w jaskini. Pracuję, choć nie muszę – tylko po to, by nie zwariować z samotności. W pracy jeszcze czuję, że żyję. Ale po godzinach? Tylko ulice Warszawy i ławki w parku, które lepiej znają moje myśli niż własne dzieci.
Justyna i Kacper odwiedzają mnie coraz rzadziej. Kiedyś przychodzili dla mamy. Teraz? Dla mnie nie mają czasu. Chyba tylko staruszek przeszkadzający w ich idealnych planach. Czasem patrzę na twarze obcych ludzi, szukając czyjegoś spojrzenia. Nikt nie zatrzymuje się dla starego człowieka. Serce boli – nie od choroby, ale od tego milczenia.
A dziś przyszedł cios. Justyna wpadła jak burza, bez herbaty, bez pytania, jak mi się żyje. Tylko ten sam temat: mieszkanie.
– Tato, oddaj to mieszkanie! Po co ci cztery pokoje? Sprzedaj, kup coś mniejszego, a resztę pieniędzy daj nam. Mamy kredyt, dzieci rosną… – Jej głos dźwięczał jak moneta rzucona na stół.
Milczałem. W gardle stała mi bryła lodu.
– Justyna, to dom, w którym wychowaliśmy was z mamą. Nie mogę go tak po prostu…
Wstała gwałtownie.
– Już swoje przeżyłeś, tato. Pomyśl choć raz o nas – syknęła, a w jej oczach nie było nic poza zimnym wyliczeniem.
– A ty pomyśl, kiedy znów przyjdziesz? – szepnąłem, ale ona już była w przedpokoju.
– Po twojej śmierci – rzuciła przez ramię.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, który rozdarł ciszę jak nóż. Zadzwoniłem do Kacpra, może on…
– Tato, no co ty? Mieszkanie za duże, a ja nowe auto chcę kupić. Sprzedawaj, nie bądź egoistą. – W słuchawce słychać było tylko brzęk kluczy.
– Przyjdziesz? – spytałem, ale odpowiedź znałem wcześniej.
– Jak sprzedasz – to tak.
Wyszedłem. Powietrze było gęste jak smoła. Usiadłem na ławce nad stawem w Łazienkach, a serce zwolniło… i przestało.
Umarłem sam. Z telefonem w kieszeni, pod płaczącym niebem. Nikt nie szukał. Nikomu nie brakowało starca, tylko metrów kwadratowych po nim.
Dwa dni później Justyna weszła z kluczami. Kacper stał na podjeździe w świeżym aucie. W mieszkaniu pachniało kurzem i zapomnianymi świętami. Na stole leżało zdjęcie: my wszyscy. Kiedyś. Kiedy jeszcze liczyli się ludzie, a nie ściany.
Ale miłość czasem się kończy. Zwłaszcza gdy mierzy się ją w złotówkach.



