Niezłomna miłość

**Dzisiejszy wieczór był pełen goryczy…**

Wieś Sosnówka, zagubiona pośród niekończących się pól i brzozowych zagajników w Lubelskim, oddychała ciszą. Wieczorny wiatr szeleścił w liściach, a latarnie słabo oświetlały wąskie uliczki. Kasia, ściskając w dłoniach torebkę, podchodziła do kawiarni, gdzie miał odbywać się jej wieczór urodzinowy. Zamiast śmiechu i toastów usłyszała jednak zdradziecki szept, który ścisnął jej serce jak kleszcze.

— Olać te urodziny — cedził Mateusz, pochylając się do ucha Leny, najlepszej przyjaciółki Kasi. — Chodź do mnie. Ona i tak wróci dopiero późno. — Jego głos ociekał zadowoleniem z siebie.

— No jasne — odparła Lena z lekką drwiną. — A co, jak wróci wcześniej? Mam wyskoczyć przez okno?

— Po co przez okno? — Mateusz objął ją w pasie, jego ton był pełen pewności. — Jeśli powiesz „tak”, to Kasię wykopię. Nie ma dla niej miejsca w moim życiu.

Kasia zastygła jak rażona piorunem. Znała Lenę — ta nigdy nie miała oporów przed płytkimi podbojami. Ale Mateusz… Trzy lata byli razem. Trzy lata czekała, aż założy jej obrączkę. Mieszkali w jego nowym mieszkaniu, kupionym na kredyt. Remont, rachunki, długi — wszystko spadło na jej barki. Uważała to za tymczasowe, wierzyła, że urząd stanu cywilnego to tylko formalność. Teraz jednak opadły jej łuski z oczu. Była dla niego wyłącznie wygodną towarzyszką, przeprawą przez finansową przepaść. Rodziny nigdy by nie stworzyli.

Pół roku temu zmarła jej mama. Wtedy Mateusz zaskoczył ją swoim chłodem. Nie pojechał na pogrzeb, nie pomógł w organizacji, tylko rzucił obojętnie:

— Sprzedaj coś tam. Wiesz, mam kredyt, remont. Może rodzina pożyczy. Jak sprzedasz dom, to się rozliczysz.

„Rozliczysz” — to słowo ciąło jak nóż. Ale Kasia wtedy go usprawiedliwiła: zmęczony, przejęzyczył się. Podobała się jej jego ponura powściągliwość. „Prawdziwy mężczyzna nie zdradzi” — chwaliła się przyjaciółkom. Lena śmiała się razem z nimi, ukrywając swoje zamiary. Teraz prawda wyszła na jaw, a Kasia, dusząc się z bólu, zaczęła desperacko machać na przejeżdżające taksówki. Auto zatrzymało się, a ona wskoczyła do środka, trzaskając drzwiami.

— Szybciej, szybciej! — krzyknęła do kierowcy, jakby uciekała przed pościgiem.

Zanim samochód ruszył, telefon wybuchnął połączeniem od Mateusza.

— Gdzie jesteś? Siedzę tu sam jak głupi, wszyscy się pytają! Co się stało? — jego głos był pełen udawania.

Kasia wyłączyła telefon i w furii cisnęła nim w okno. Łzy polały się strumieniem, szlochała jak dziecko, któremu odebrano wszystko. Auto pędziło, a ona, tonąc w rozpaczy, nagle zrozumiała, że nie podała adresu.

— Dokąd jedziemy? — zapytała, głos jej drżał.

— Do domu — spokojnie odparł kierowca.

Kasia rozejrzała się: samochód pędził ciemną drogą polną, z dala od miasta.

— Do domu? Gdzie? — jej serce waliło ze strachu.

— Chcesz, żebym powiedział adres? — w głosie kierowcy pojawiła się drwina, szorstka i groźna.

— Niech pan zatrzyma! Natychmiast! — krzyknęła, panika zalewała ją falami.

— Tutaj, w polu? — kierowca parsknął śmiechem. — Co ty tu zrobisz?

— Zadzwonię na policję! — wybuchnęła, lecz natychmiast przypomniała sobie, że telefon już nie istnieje. Opowiedziała temu obcemu wszystko: o zdradzie, o swoim bólu. Wiedział, że nikt po nią nie przyjdzie. Wyrzuci ją w lesie — i po sprawie.

Kasia sięgnęła do drzwi, próbując otworzyć je w biegu, ale w ciemności palce nie mogły znaleźć klamki. Pogrążyła się w bezradności. „Niech będzie, co ma być — pomyślała. — Zabije mnie, a wtedy bólu już nie będzie.” Łzy płynęły cicho, rezygnacyjnie.

Samochód gwałtownie zahamował. Kierowca w milczeniu otworzył jej drzwi.

— Wysiadaj.

— Nie wyjdę! — Nagle w Kasi obudziła się żarliwa wola życia. Nie podda się bez walki.

— Nie histeryzuj, Kasia — głos kierowcy zmiękł. — Jesteśmy na miejscu.

Podniosła wzrok i zamarła. Przed nią stał Krzysiek, jej dawny kolega z klasy. Ten sam, który wyjechał po szkole, zrobił karierę w dużym mieście.

— Krzysiek? — wyszeptała, nie wierząc własnym oczom.

— A kogo się spodziewałaś? — uśmiechnął się znajomym, ciepłym uśmiechem.

— Ty jesteś taksówkarzem? — spytała niedowierzająco.

Krzysiek wybuchnął śmiechem:

— Co za taksówkarz? Po prostu zobaczyłem, jak machasz, jakbyś chciała rzucić się pod koła.

— A ja… — Kasia zawahała się, czując się głupio.

— Wiem wszystko — Krzysiek objął ją za ramiona. — Przydatna przejażdżka. Nigdy nie byłaś tak szczera.

Kasia roześmiała się, łzy wyschły, a na duszy zrobiło się lżej. Stała przed swoim domem w Sosnówce, i świat jakby przestał się walić.

— Wróciłem przez ciebie — cicho powiedział Krzysiek, splatając jej palce swoją ciepłą dłonią. — Jak dobrze, że nie wyszłaś za mąż…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 + dziesięć =

Niezłomna miłość