Krzysztof wrócił do domu późnym wieczorem. Bez słowa zdjął buty w przedpokoju, powiesił płaszcz i w milczeniu przeszedł do łazienki. Po chwili siedział już w kuchni, gdzie czekał na niego talerz z kurczakiem duszonym z groszkiem – specjalność jego żony Weroniki. Obok stała sałatka z owoców morza. Wziął widelec, pokręcił nim chwilę w sałatce, po czym gwałtownie się odwrócił.
– Powiedz prawdę… Skąd wzięłaś tę sałatkę? – zapytał cicho, ale stanowczo.
Weronika zastygła w miejscu, nie kończąc nalewania herbaty. W jej oczach pojawił się niepokój.
Mieli już za sobą ponad trzydzieści lat małżeństwa. Gdyby Weronika miała ocenić swój związek w skali od jednego do stu, pewnie wskazałaby równo pięćdziesiąt. Bo było w nim wszystko: miłość i irytacja, radość i ciężar, jasne chwile i trudne dni. Zwyczajne życie. A Krzysztof – choć uparty, choć z trudnym charakterem – był dobrym człowiekiem. Wiernym, solidnym, pracowitym.
Przełom nastąpił poprzedniej wiosny, gdy Weronika rozchorowała się ze zmęczenia. Lekarz stwierdził banalne przepracowanie, które odkładało się latami. Krzysztof wiózł ją do domu taksówką – własnego samochodu dawno nie naprawiali, wszystkie pieniądze szły na spłatę kredytu ich córki – Zosi.
Zosia właśnie wyszła za mąż, a świętowanie chciała mieć „jak z filmu”. I choć suknia okazała się dziwaczna, a tort – „jak guma do żucia”, jak mawiał Krzysztof – rodzice znosili to cierpliwie. Liczyło się tylko, by córka była szczęśliwa.
Po weselu młodzi wprowadzili się do mieszkania odziedziczonego przez pana młodego po dziadku, a Krzysztof z Weroniką dalej spłacali kredyt, ledwo ciągnąc ze starym samochodem, zużytymi sprzętami i wiecznym zmęczeniem.
Weronika uczyła angielskiego i dorabiała prywatnymi lekcjami. Krzysztof pracował jako ślusarz w fabryce. Odsuwał od siebie stołówkę, kebaby, pizzę – tylko domowe jedzenie! Gorące, świeże, urozmaicone.
Weronika nie sprzeciwiała się, choć po pracy ledwo trzymała się na nogach. Pewnego dnia wybuchnęła:
– Jak mam zdążyć ugotować ci zupę, drugie danie, sałatkę i kompot? Nie jestem maszyną.
Ale Krzysztof odpowiadał opowieściami o swojej prababce, która i w polu pracowała, i ośmioro dzieci wykarmiła, i w amatorskim teatrze grała.
Weronika była po prostu wyczerpana. Pewnego dnia, wstępując do nowej delikatesówki koło domu po świeży chleb, zobaczyła witrynę z gotowymi daniami. I nagle powiedziała:
– Proszę „Owoce morza”, dużą porcję…
Na kolację były gołąbki, placek… i ta właśnie sałatka.
– No, coś nowego! Smakuje jak domowe – pochwalił Krzysztof.
Weronika nic nie odpowiedziała. I tak zaczęła się jej tajemnica: gdy nie dawała rady – kupowała w delikatesach. Domowe, smaczne, trochę droższe – ale mogła w końcu złapać oddech.
I pewnie tak by zostało, gdyby nie przypadek. W pracy Krzysztof dzielił się obiadem z młodym stażystą. Ten jadł klopsiki i sałatkę, podejrzanie podobną do tej, którą sam miał.
– Skąd klopsiki?
– Z tej delikatesówki za rogiem. Lepiej smakują niż domowe! – zaśmiał się chłopak.
Krzysztof zaniepokoił się. Zbyt wiele się zgadzało. I wtedy w nim zrodziło się podejrzenie…
Tego wieczoru jadł w milczeniu, aż w końcu zadał to pytanie. Weronika spuściła wzrok.
– Po prostu… byłam zmęczona. Myślałam, że tobie wszystko jedno, byle smakowało…
Krzysztof wstał. PodeszKrzysztof przytulił ją mocno i szepnął: „Od dziś czasem zamawiamy obiady, a ty odpoczniesz.”



