Czas na nowe życie: Wydajemy naszą córkę za mąż, ma już 27 lat!

No obiadu z mężem, Janem, szykowaliśmy się do wydania naszej córki Zosi za mąż. Zosia ma już 27 lat, pora założyć własną rodzinę, tym bardziej że poznała porządnego chłopaka – Wojtka. To solidny chłopak, pracuje jako inżynier, dba o Zosię, a my z Janem od razu go polubiliśmy. Wszystko zmierzało do ślubu, już zaczęliśmy rozmawiać o terminie, sukni, gościach. Ale gdy dowiedziałam się, jakim „posagiem” wyposażyła swojego syna Wojtka jego matka, Barbara Stanisławówna, mało nie spadłam z krzesła. Serio, w XXI wieku znów bawimy się w średniowiecze, gdzie posag decyduje, kto jest więcej wart?

Nasza Zosia to mądra dziewczyna. Skończyła studia, pracuje w marketingu, utrzymuje się sama. Zawsze uczyliśmy ją niezależności, żeby nie liczyła tylko na męża. Ale oczywiście jako rodzice chcieliśmy pomóc młodym na starcie. Postanowiliśmy dać im pieniądze na wkład własny do mieszkania, żeby mogli wziąć kredyt. No i po cichu zbierałam dla Zosi „wyprawę” – ładną pościel, zestaw naczyń, nawet nowe zasłony kupiłam, żeby ich gniazdko było przytulne. Myślałam, że to drobiazgi, ale pokażą, że dbamy. Wojtek też obiecał dołożyć swoją część – miał oszczędności i chciał, żeby u nich z Zosią wszystko było po równo.

W zeszłym tygodniu pojechaliśmy z Janem do Barbary Stanisławówny, żeby omówić ślub. To kobieta z przysłowiową „jasmaką” na głowie i tonem, jakby znała się na wszystkim. Siedzimy przy herbacie, a ona nagle: „Ewo Janówna, a co wy Zosi dajecie w posagu? Przecież to tradycja, żeby panna młoda wnosiła coś do rodziny”. Najpierw myślałam, że żartuje. Jaki posag? Mamy woły i skrzynie pełne złota przywozić? Ale Barbara Stanisławówna mówiła poważnie. I wtedy rzuca: „Ja swojemu Wojtkowi dałam samochód, już opłacony, i połowę wartości mieszkania. A wy co?”

Mało nie upuściłam filiżanki. Samochód? Połowa mieszkania? Co ona sobie myśli, że będziemy płacić za jej syna? Oczywiście się powstrzymałam, uśmiechnęłam i powiedziałam, że też pomagamy dzieciom, ale bez szczegółów. A w środku się gotowałam. Nie jesteśmy z Janem milionerami, ale dla Zosi zrobiliśmy, co mogliśmy. A teraz wychodzi na to, że nasza „wyprawka” to „pierdoły”, a Barbara Stanisławówna wychowała księcia, którego mamy obsypywać prezentami?

Wróciłam do domu i opowiedziałam wszystko Zosi. A ona tylko się zaśmiała: „Mamo, co za różnica, co oni dają? My z Wojtkiem damy radę sami”. Ale mnie było przykro. Nie za siebie, za Zosię. Taka dobra, ciepła dziewczyna, a tu ją oceniają jakąś średniowieczną miarą. Pogadałam z Janem, ale on jak zwykle machnął ręką: „Ewka, nie przejmuj się. Ważne, że się kochają”. Łatwo mu mówić, a ja nie mogę się uspokoić. Dlaczego mamy się tłumaczyć przed Basią? I skąd u niej takie wymagania? Myśli, że jej Wojtek to towar na sprzedaż, a my mamy za niego płacić?

Po paru dniach Zosia powiedziała, że Wojtek też nie zachwycony mamą. Stwierdził, że auto i pieniądze fajne, ale nie chce, żeby ślub zamienił się w targ. „Żenię się z Zosią, a nie z jej posagiem” – powiedział. I wtedy trochę mi zmiękło serce. Wojtek ma głowę na karku i chyba naprawdę kocha naszą córkę. Ale Basia nie odpuszcza. Przedwczoraj zadzwoniła i zaczęła wypytywać, jaką suknię kupujemy Zosi, ilu gości będzie „z naszej strony” i czy nie zamierzamy „dokładać czegoś konkretnego do wiana”. Ledwo się powstrzymałam, żeby jej nie „poczęstować” kilkoma słowami.

Teraz myślę – jak się w tym wszystkim zachować? Z jednej strony nie chcę psuć relacji z przyszłą świekrą. Ślub to przecież radość, marzę, żeby Zosia była szczęśliwa. Ale z drugiej strony wkurza mnie to traktowanie, jakbyśmy coś byli winni. Całe życie pracowaliśmy z Janem, wychowaliśmy Zosię, daliśmy jej wykształcenie, wartości. Czy to nie ważniejsze niż jakieś samochody? I czy nie młodzi powinni sami budować swoje życie? My z Janem zaczynaliśmy od pokoju w mieszkaniu komunalnym i jakoś daliśmy radę. A tu czuję się jak na jakiejś licytacji.

Zosia, moja mądrala, stara się godzić wszystkich. Mówi: „Mamo, nie martw się, my z Wojtkiem się dogadamy. W najgorszym razie weźmiemy kredyt i kupimy mieszkanie bez żadnych wian”. Ale widzę, że jej też głupio. Chce, żeby ślub był radosny, a nie polem do wojen. Postanowiłam, że nie będę już wdawać się w te rozmowy z Barbarą. Niech sobie gada, a my zrobimy, co uważamy za słuszne. Damy Zosi i Wojtkowi to, co obiecaliśmy, i będziemy się cieszyć ich szczęściem. A jeśli świekra chce się porównywać portfelami, to jej problem.

Ale i tak gdzieś tam zostało to uczucie niesmaku. Chciałabym, żeby ślub był o miłości, a nie o wyliczankach. Wierzę jednak, że Zosia z Wojtkiem dadzą radę. Są młodzi, silni, kochają się. A ten cały posag… Niech Barbara zachowa swoje samochody. Najważniejsze wiano Zosi to jej serce, rozum i dobroć. A to jest w każdej rodzinie warte więcej niż złoto.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście − 3 =

Czas na nowe życie: Wydajemy naszą córkę za mąż, ma już 27 lat!