Moje wczorajsze urodziny: epicki sukces czy spektakularna porażka?

Mój dzień urodzin był wczoraj i, szczerze mówiąc, nadal nie potrafię stwierdzić, czy to była totalna klapa, czy może najwspanialsza impreza w moim życiu.

Zacznijmy od tego, że jako naiwna dusza, powierzyłam organizację swojej najlepszej przyjaciółce Kasi. Przysięgała, że wszystko będzie „na bogato”, stół uginać się będzie od wykwintnych potraw, a goście będą zachwyceni. No cóż, Kasia! Gdy wróciłam z pracy do domu, powitał mnie widok godny komedii o nieudanych imprezach.

W salonie na stole panował prawdziwy chaos. Resztki wędlin i serów, lekko wyschniętych, leżały pomiędzy oliwkami, których chyba nikt nawet nie tknął. Warzywa – ogórki, pomidory i jakiś zwiędły paprykarz – wyglądały, jakby pokrojono je jeszcze w zeszły poniedziałek. Podejrzewam, że Kasia po prostu wyjęła z lodówki, co było pod ręką, i nazwała to „stolem świątecznym”. Butelki z winem, sokiem i czymś gazowanym stały w nieładzie, niektóre już do połowy puste. Wyglądało na to, że ktoś zaczął imprezę beze mnie.

Kasia, witając mnie w drzwiach, promieniała jak choinka. „No i jak? Prawda, że super?” – zapytała, dumnie wskazując na ten kulinarny armagedon. Skinęłam tylko głową, ukrywając zdziwienie. Nie chciałam urazić przyjaciółki, która, jak widać, naprawdę się starała. Lecz w głowie kołatała mi się jedna myśl: „Kto właściwe je wyschniętą szynkę na urodzinach?”

Mój brat Tomek, jak zwykle, postanowił dorzucić swoje trzy grosze do tej absurdalnej zabawy. Przyniósł tort, który najwyraźniej przeszedł prawdziwą przygodę. Pudełko było pogniecione, krem rozsmarował się po wewnętrznej stronie wieczka, a napis „Wszystkiego Najlepszego!” wyglądał jak abstrakcyjne dzieło Picassa. „Sam wybierałem!” – oznajmił dumnie, stawiając tort na stole. Spojrzałam na to arcydzieło cukiernictwa i uznałam, że zapalimy świeczki w takiej formie – może w półmroku nikt nie zauważy jego opłakanego stanu. Ale Tomek był tak z siebie zadowolony, że nie miałam serca go wyprowadzać z błędu. W końcu to mój brat, a jego entuzjazm zawsze przeważa nad wszelkimi wpadkami.

Agnieszka, moja koleżanka z pracy, też się postarała. Wręczyła mi prezent – zestaw kosmetyków, który, sądząc po lekko podniszczonym opakowaniu, od dawna kurzył się u niej w domu. „Pomyślałam, że ci się przyda!” – powiedziała z tak szczerym uśmiechem, że nie dało się jej nie wybaczyć. No cóż, przynajmniej na półce w łazience pojawi się coś nowego. Choć przyznam, że od razu przewidziałam, iż ten krem o zapachu „kwitnącej wiśni” będzie zbyt kleisty, a tuszka już dawno zaschła. Ale to drobiazgi.

Goście też dodali smaczku. Ktoś przyniósł karaoke i już po pół godzinie cały dom rozbrzmiewał nieharmonijnymi wykonaniami hitów lat dziewięćdziesiątych. Kasia, pod wpływem paru kieliszków wina, uwierzyła, że jest reinkarnacją Whitney Houston i zaczęła śpiewać „I Will Always Love You” z takim zapałem, że sąsiedzi pewnie do dziś o tym dyskutują. Tomek, nie chcąc zostać w tyle, dołączył z piosenką „Mydełko Fa”, wzbudzając salwy śmiechu.

O północy stół wyglądał jeszcze gorzej, ale humory dopisywały. Śmialiśmy się z dziwnych prezentów, wspominaliśmy dawne historie, a nawet zorganizowaliśmy konkurs na najzabawniejszy toast. Wygrała Agnieszka, która życzyła mi „tyle szczęścia, by nie mieściło się w walizce, ale jednocześnie nie ważyło jak walizka cegieł”. Do dziś nie wiem, co miała na myśli, ale zabrzmiało to genialnie.

Gdy goście zaczęli się rozchodzić, spojrzałam na pogrom w salonie i zrozumiałam, że tych urodzin na pewno nie zapomnę. Tak, stół odbiegał od ideału, tort przypominał ofiarę trzęsienia ziemi, a prezenty wzbudzały więcej pytań niż zachwytu. Ale było tyle śmiechu, ciepła i absurdalnych chwil, że nie zamieniłabym tego wieczoru na nic innego. Kasia, Tomek, Agnieszka i reszta sprawili, że moje urodziny były dokładnie takie, jakie powinny być – pełne życia, szczere i trochę szalone.

Następnym razem pewnie sama zajmę się organizacją. Albo przynajmniej schowam wyschniętą wędlinę przed przyjściem gości. Ale szczerze? Takie imprezy to prawdziwe życie. I już czekam na kolejne urodziny, by zobaczyć, czym jeszcze zaskoczą mnie przyjaciele i rodzina.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 − dwanaście =

Moje wczorajsze urodziny: epicki sukces czy spektakularna porażka?