Helena była kochanką. Nie miała szczęścia w małżeństwie. Siedziała w panieństwie aż do trzydziestki, aż wreszcie postanowiła znaleźć sobie mężczyznę.
O tym, że Tomek był żonaty, początkowo nie wiedziała, ale z czasem on sam przestał to ukrywać, gdy tylko zrozumiał, że dziewczyna się do niego przywiązała i pokochała. Ale Helena ani razu nie miała mu tego za złe. Wręcz przeciwnie – tylko siebie obwiniała za ten związek i za swoją słabość. Czuła się gorsza, że nie znalazła sobie w porę męża, a czas uciekał. Choć z drugiej strony – nie była przecież brzydka. Nie olśniewająca piękność, ale miła, trochę zaokrąglona, co pewnie dodawało jej lat. Ich relacja nie prowadziła donikąd. Bycie kochanką nie satysfakcjonowało Heleny, ale nie potrafiła też porzucić Tomka. Bała się zostać sama.
Pewnego dnia niespodziewanie odwiedził ją kuzyn Wojtek. Był w mieście służbowo, więc wpadł do niej tylko na kilka godzin, dawno się nie widzieli. Siedzieli w kuchni, jedli obiad i gadali jak za dawnych lat – o tym i owym, o życiu. Helena opowiedziała bratu o swoim uczuciowym dramacie. Wypłakała się, szczerze przyznając, jak jest.
W trakcie ich rozmowy zadzwoniła sąsiadka, prosząc, by Helena na chwilę wpadła do niej – miała pochwalić się nowymi zakupami. Dziewczyna wyszła na dwadzieścia minut. Właśnie wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Wojtek poszedł otworzyć, myśląc, że to wróciła Helena – drzwi przecież były otwarte… Na progu stał Tomek. Od razu kuzyn domyślił się, że to ten „narzeczony”. Tomek oniemiał, widząc w mieszkaniu Heleny rosłego faceta w dresie i koszulce, zajadającego kanapkę z kiełbasą.
— Helena jest w domu? — wydukał w końcu.
— W łazience — odparł bez wahania Wojtek.
— Przepraszam, ale kim pan dla niej jest? — Tomek nie mógł złapać tchu.
— A mężem, tylko że jeszcze nie ślubnym. A pan po co tu przyszedł? — Wojtek przysunął się bliżej i złapał go za klapy marynarki. — To ty jesteś ten żonaty adonis, o którym mi Helena opowiadała? Słuchaj no. Jeśli jeszcze raz cię tu zobaczę, zepchnę cię ze schodów, jasne?
Tomek, uwolniwszy się z uścisku, czym prędzej uciekł na dół.
Gdy Helena wróciła, Wojtek opowiedział jej o wizycie „przyjaciela”.
— Co ty narobiłeś? Kto cię o to prosił? — rozpłakała się. — On już tu nie wróci.
Usiadła na kanapie, zakrywając twarz dłońmi.
— I bardzo dobrze, że nie wróci. Dość już tego płakania. Mam dla ciebie lepszego kandydata. Wdowiec z naszej wsi. Baby rzucają się na niego od śmierci żony, a on wszystkich odgania. Chyba jeszcze chce pobyć sam. Słuchaj. Jak wrócę z delegacji, przyjadę po ciebie. Pojedziemy razem, pozna się.
— Jak to? — zdziwiła się Helena. — Nie, Wojtek, przecież ja nie mogę tak po prostu… Nie znam go. To wstyd.
— Wstyd to spać z cudzym mężem, a nie poznać wolnego. Nikt cię nie ciągnie do jego łóżka na siłę. Poza tym Żaneta, moja żona, ma urodziny – przyjedź przynajmniej dla niej.
Po kilku dniach Helena i Wojtek byli już na wsi. Żaneta przygotowała ucztę w ogrodzie, przy drewutni. Zeszli się sąsiedzi, przyjaciele i znajomy Wojtka – wdowiec Jarek. Sąsiedzi dobrze znali Helenę, ale z Jarkiem widziała się pierwszy raz.
Po serdecznych pogaduchach wróciła do miasta. W myślach przyznała, że Jarek był bardzo cichy i skromny. „Pewnie wciąż przeżywa stratę żony. Biedak. Szkoda, że takich wrażliwych mężczyzn jest mało.”
Minął tydzień. W sobotę zadzwonił dzwonek. Helena nie spodziewała się nikogo. Otworzyła drzwi i oniemiała – na progu stał Jarek z paczką w ręce.
— Przepraszam, Helenko… Byłem w mieście na targu i pomyślałem, że skoro się znamy, to wpadnę — wydukał przygotowane zdanie, czerwieniąc się.
Zaprosiła go do środka. Była zdezorientowana, ale poczęstowała go herbatą, domyślając się, że jego wizyta nie była przypadkowa.
— Załatwiłeś już sprawunki? — spytała.
— Tak, wszystko w samochodzie. A to… dla pani. — Wyjął z torby mały bukiet tulipanów i podał jej.
Wzięła kwiaty, a jej oczy zaiskrzyły. Siedzieli w kuchni, pijąc herbatę i rozmawiając o pogodzie i cenach na bazarze. Gdy skończyli, Jarek podziękował i zaczął się zbierać. W przedpokoju powoli wkładał marynarkę, wiązał buty. Nagle, już w progu, odwrócił się do Heleny i powiedział:
— Jeśli teraz wyjdę i tego nie powiem, będę żałował. Helenko, cały tydzień myślałem tylko o tobie. Naprawdę. Zapadłaś mi w serce. Ledwo doczekałem się weekendu, żeby przyjechać. Adres wziąłem od Wojtka…
Dziewczyna spuściła wzrok, rumieniąc się.
— Ale my się tak mało znamy… — szepnęła.
— To nic. Ważne, że nie jestem ci antypatyczny? Mogę mówić „ty”?… Wiem, że nie jestem ideałem. Do tego mam ośmioletnią córkę. Teraz jest u babci.
Jarek się trząsł, ręce mu drżały.
— Córka to skarb — odparła cicho Helena. — Zawsze marzyłam o córeczce.
Zachęcony jej słowami, Jarek wziął ją za dłonie, przyciągnął do siebie i pocałował. Gdy się odsunął, zauważył łzy w jej oczach.
— Nie podobało ci się? — spytał zaniepokojony.
— Wręcz przeciwnie… Nigdy bym się nie spodziewała… Było słodko i spokojnie. I nie muszę nikogo okradać z uczuć…
Od tej pory spotykali się co weekend. Dwa miesiące później wzięli ślub i zamieszkali na wsi. Helena znalazła pracę w przedszkolu. Rok później urodziła córeczkę. I tak rosły w ich domu dwie dziewczynki – obie kochane jednakowo. A Jarek i Helena z każdym rokiem młodnieli od szczęścia, ich miłość dojrzewała jak nalewka w beczce.
Przy rodzinnym stole Wojtek często mrugał do siostry:
— No, co, Helenka? Jak ci się mój wybór podoba? Coraz ładniejsza jestA gdy najmłodsza córeczka poszła do szkoły, Helena zrozumiała, że prawdziwe szczęście często przychodzi wtedy, gdy przestajemy go rozpaczliwie szukać.



