Zawsze wierzyłam, że im więcej korzeni ma rodzina, tym silniejsze jest drzewo. Krewni, nawet nowi, nawet jeśli nie zawsze bliscy, to przecież ludzie, których los połączył wspólną drogą. Razem z mężem staraliśmy się budować dobre relacje ze wszystkimi: i z rodzicami zięcia, i z dalszą rodziną. Zwłaszcza po tym, jak nasza starsza córka Weronika wyszła za mąż. Dzieci naprawdę potrafią zbliżać. Cieszyliśmy się, że trafił jej się dobry chłopak – Krzysiek, spokojny, z charakterem, ale nie chamski. Mieszkają na razie w wynajętym mieszkaniu w Katowicach, a my pomagamy trochę odłożyć na własne. Trudno, oczywiście, ale jakoś dajemy radę. Nam też nic nie spadło z nieba.
Z matką Krzyśka, Elżbietą Janową, początkowo układało się całkiem nieźle. Mieszka w Gdańsku, daleko od nas, więc rozmawiamy głównie przez telefon i widujemy się rzadko. Rozmowy były pełne szacunku, na równych zasadach, wszystko toczyło się normalnym rytmem. Ale tuż przed Świętami coś się zepsuło. I to nie z naszej strony.
W przedświątecznym czasie zadzwoniłam do Weroniki – po prostu, od serca:
„Córeczko, cześć! A już myśleliście, gdzie będziecie obchodzić Święta?”
„Oj, mamo, jeszcze nie zdecydowaliśmy…”
„Przyjedźcie do nas! Dom mamy duży, pokoi sporo, goście zawsze mile widziani. Tata już zawiesił lampki na podwórku. Choinka stoi, karaoke gotowe. I Elżbietę Janową zaproście – tata pojedzie, przywiezie ją, potem odwiezie. Niech nie siedzi sama, niech spędzi czas z rodziną!”
Weronika obiecała, że porozmawia z mężem i oddzwoni. Wieczorem powiedziała, że przyjadą, ale jego mama – nie. Podobno albo wybiera się do przyjaciół, albo zostanie w domu. Ma, jak twierdzi, tradycję – spokojne święta, bez hałasu. Zrobiło mi się nieswojo. Czy naprawdę tak trudno spędzić jeden raz Święta z dziećmi, z nową rodziną? Nie proponowałam nic złego – tylko życzliwość. Postanowiłam zadzwonić do Elżbiety osobiście.
„Ela, no co ty? Samotnie w domu to przygnębiające! Przyjedź do nas, słowo honoru, będziesz gościem, osobny pokój przygotuję, możesz nawet swoich znajomych zaprosić, jeśli chcesz. A my – kiełbaski z grilla, fajerwerki, kolędy. Będzie miło, po domowemu!”
Ona jednak wymigiwała się niechętnie:
„Nie wiem… Ostatnie dziesięć lat zawsze spędzałam z przyjaciółmi. Jeśli mnie zaproszą – pójdę. Jeśli nie – telewizor, koc i spać… Z wiekiem, wiesz, hałas nie jest przyjemnością.”
Nie naciskałam. Pomyślałam: „Może rzeczywiście nie ma ochoty.” Ale już następnego dnia dzwoni do mnie Weronika. Głos miała drżący, bliski płaczu:
„Mamo, teściowa jest obrażona… Powiedziała, że ją zdradziliśmy. Że ja 'odbieram jej syna’, że powinien spędzać Święta tylko z nią. Proponowała, żeby wszyscy świętowali u niej – w swoim dwupokojowym mieszkaniu… Wyobrażasz sobie?”
Oniemiałam. Więc my jesteśmy zdrajcami, bo zaprosiliśmy dzieci na Święta do przestronnego domu, gdzie zmieściliby się wszyscy? Mamy pięć wolnych pokoi, duży salon, kuchnię, podwórko, gdzie można rozpalić ognisko, upiec kiełbaski i się pobawić. A u niej – ciasna kawalerka, w której, no przepraszam, ledwie para osób by się zmieściła. Nawet gdybyśmy się tam wszyscy wpakowali – to co? Posiedzielibyśmy godzinę, obejrzeli „Opłatka u Dudy” i do aut? A Święta to przecież o duszy, o radości, o byciu razem.
I na koniec rzuciła im w twarz:
„Skoro nie mam już rodziny, to pójdę do przyjaciół.”
A do tego dodała, że nie ma co liczyć na jej pomoc w oszczędzaniu na mieszkanie. Pieniędzy, podobno, nie ma.
Z mężem tylko zamieniliśmy spojrzenia. On tylko prychnął:
„I bardzo dobrze. Nigdy na to nie liczyliśmy.”
Wiecie, w życiu zawsze znajdą się tacy ludzie – obrażą się, nawet gdy zaprosisz ich z sercem. Bo dla nich życzliwość to słabość, a każda decyzja niezgodna z ich planami to zdrada. Elżbieta Janowa okazała się właśnie taka. Sama odeszła, sama się obraziła, sama trzasnęła drzwiami. Gdybym powiedziała, że nam nie żal – skłamałabym. SzkodI tak nasza rodzina, choć mniej liczna, spotkała się przy wigilijnym stole, dzieląc się opłatkiem i nadzieją na lepsze dni.



