Czasami zastanawiam się, jak niektórzy ludzie mają tyle tupetu, by tak natarczywie żądać tego, co nie należy do nich, zasłaniając się przy tym troską i wiekiem. Moja teściowa jest żywym tego przykładem. Nazywa się Stanisława Bronisława, ma sześćdziesiąt osiem lat, i od dwóch lat nosi się z jednym tylko marzeniem — wyrzucić mnie i mojego męża z naszego dwupokojowego mieszkania w Poznaniu, aby sama mogła się tam wpakować, a w zamian „obdarować” nas swoim rozpadającym się domem pod Swarzędzem.
Z pozoru — troskliwa matka, starsza kobieta zmęczona codziennością. Ale pod tą maską kryje się wyrachowanie. Dom, który nam narzuca, prawdę mówiąc, dawno powinien trafić pod rozbiórkę. Na zewnątrz — pęknięcia w fundamentach, dziurawy dach, spróchniałe ramy okienne. Wewnątrz — chłód, pleśń, krzywe podłogi i zapach wilgoci. Stanisława Bronisława latami nic tam nie remontowała, co najwyżej dbała o rabatki z kwiatami i przycinała krzak porzeczki — oto całe jej gospodarstwo.
Kiedy przychodzi do nas w gości, zaraz od progu zaczyna:
— Ach, jak tu u was przytulnie! Wszystko czysto, schludnie. Ja też bym tak chciała mieszkać…
A potem, niby od niechcenia:
— Może jednak się przeprowadzicie? A ja bym się do waszego mieszkania wprowadziła…
Na początku milczałam. Potem zaczęłam delikatnie żartować. Ale teraz drżę na sam jej wzrok, pełny ukrytej pretensji: „Och, starość nie radość… w takim domu żyć ciężko…” A co, w mieszkaniu podłogi myją się same? Kurze znikają? Remont robi się sam? Stanisława Bronisława serio myśli, że mieszkanie to jak hotel z codziennym sprzątaniem. Nie rozumie (albo udaje, że nie rozumie), że my z mężem wkładamy w nasz dom siły, pieniądze i czas. Że nic nie „spadło z nieba”, lecz zostało wypracowane.
Proponowaliśmy jej rozsądne rozwiązanie:
— Sprzedaj dom, dołóż trochę i kup sobie kawalerkę. Będziesz mieszkać w cieple, bez ogródka, z wygodami.
Ale nie! Ona uważa, że jej waląca się chata jest warta jak apartamentowiec — nie mniej niż milion złotych! A prawdziwa cena, według moich szacunków, ledwo sięga pół miliona. I nawet te pieniądze nie starczyłyby na przyzwoitą kawalerkę w mieście. Mówiliśmy jej to wprost. Ale jak grochem o ścianę.
— Komu potrzebny ten dom?! — próbowałam tłumaczyć.
„Ma duszę! Tam wasz Tomek się urodził! Wystarczy go tylko ‘odświeżyć’” — odpowiada.
Odświeżyć… Dom, któremu ściany się sypią?!
I tak w kółko… Każda wizyta — to samo:
— U was tak ładnie! Może jednak się namyślicie?
Ostatniego razu mąż nie wytrzymał:
— Mamo, nie oddamy ci mieszkania. I do twojego domu też się nie przeprowadzimy. Nawet nie licz.
Nadęła się, wyszła i od tygodnia demonstracyjnie nie dzwoni. Urażona. Dlaczego, jej zdaniem, syn i synowa nie chcą jej „uszczęśliwić” i nie oddadzą lokalu, w który włożyli serce?
A ja jestem zmęczona. Nie rozumiem, jak można być tak głuchym na cudze granice. My z mężem jesteśmy młodą rodziną. Pracujemy, mamy plany, może niedługo będziemy chcieli dzieci. Gdzie je wychowywać? W domu z piecem i pękniętymi sufitami? Czy znów inwestować — ale w coś, co dawno powinno trafić na złom?
Denerwuje mnie nie samo jej żądanie, lecz sposób, w jaki je przedstawia. Jakbyśmy to my byli egoistami. Jakby nasze mieszkanie było jej zbawieniem, a my okrutnikami, którzy nie chcą wpuścić ją do „raju”. A przecież prosimy tylko o jedno — żeby zostawiła nam to, co sami stworzyliśmy.
Teraz postanowiliśmy z mężem po prostu unikać tematu. Zna naszą odpowiedź. Jest ostateczna. Jeśli naprawdę ciężko jej żyć w swoim domu — niech sprzeda i znajdzie mieszkanie na swoją kieszeń. Ale pod naszym dachem mieszkać nie będzie. Bo nasze mieszkanie to nie nagroda za wiek ani spłata za macierzyństwo. To nasz dom. I nikomu go nie oddamy.



