Gdy podrzucono mi niemowlę, moje życie legło w gruzach: nie byłam przygotowana na taki zwrot wydarzeń
Od kiedy w naszym życiu pojawiło się adoptowane dziecko, wszystko się zmieniło, niestety, na gorsze.
Katarzyna i jej mąż Marek wychowywali ośmioletnią córkę Zuzannę. Choć ich rodzina wydawała się kompletna, małżonkowie czuli, że mogą obdarzyć miłością i troską jeszcze jedno dziecko. Postanowili adoptować chłopca z domu dziecka, mimo ostrzeżeń rodziny.
— Rodzice nie poparli naszego pomysłu — wspomina Katarzyna. — Mama powiedziała: „Po co wam obce dziecko? Kto wie, jakie ma geny i choroby?” Ale ja i Marek byliśmy pewni swojej decyzji i nie słuchaliśmy cudzych rad.
Po długich procedurach i formalnościach w ich domu pojawił się pięcioletni Tymoteusz. Chłopiec był cichy i nieśmiały, ale małżonkowie wierzyli, że otoczą go ciepłem i opieką.
Od początku Katarzyna i Marek postanowili nie mówić Tymoteuszowi, że jest adoptowany. Mieli nadzieję, że z czasem zapomni o przeszłości i poczuje się pełnoprawnym członkiem rodziny.
Jednak po kilku miesiącach zaczęły dziać się niepokojące rzeczy. Pewnego dnia Katarzyna znalazła ulubioną lalkę Zuzanny pociętą nożyczkami.
— Byłam w szoku — opowiada kobieta. — Tymoteusz stał obok i milcząco na mnie patrzył. Spytałam, dlaczego to zrobił, ale tylko wzruszył ramionami.
Katarzyna postanowiła pójść do psychologa dziecięcego. Specjalista wyjaśnił, że takie zachowanie może wynikać z traumy z domu dziecka i poradził więcej cierpliwości i czułości.
Małżonkowie starali się stosować do zaleceń, ale sytuacja się pogarszała. W przedszkolu Tymoteusz zaczął opowiadać wychowawcom, że rodzice go nie karmią i karają. Wkrótce do domu Katarzyny i Marka przyszli pracownicy opieki społecznej na kontrolę.
— To było upokarzające — wspomina Katarzyna. — Zawsze staraliśmy się dać dzieciom to, co najlepsze, a teraz oskarżano nas o znęcanie się.
Kontrola nie wykazała uchybień, ale niesmak pozostał. Marek zaczął nalegać, żeby oddać Tymoteusza z powrotem do domu dziecka.
— Nie mogę już tak żyć — mówił żonie. — On niszczy naszą rodzinę. Zuzanna się go boi, a ja czuję się bezradny.
Katarzyna była rozdarta między miłością do męża a poczuciem odpowiedzialności za Tymoteusza. Miała nadzieję, że z czasem wszystko się ułoży, ale było tylko gorzej. Chłopiec stawał się agresywny, groził rodzicom i siostrze.
W końcu Marek nie wytrzymał i złożył pozew o rozwód. Postawił ultimatum: albo Katarzyna odda Tymoteusza, albo on odejdzie.
— To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu — przyznaje Katarzyna. — Kochałam męża, ale nie mogłam zdradzić Tymoteusza.
Po rozwodzie Katarzyna została sama z dwojgiem dzieci. Starała się poświęcać uwagę i Zuzannie, i Tymoteuszowi, ale czuła, że nie daje rady. Ciągły stres i napięcie doprowadziły ją do załamania nerwowego.
— Zrozumiałam, że tak dalej być nie może — mówi. — Nie byłam w stanie zapewnić Tymoteuszowi opieki, której potrzebował.
Z ciężkim sercem Katarzyna zdecydowała się oddać chłopca do domu dziecka. To był bolesny krok dla wszystkich, ale wiedziała, że tak będzie lepiej.
— Mam nadzieję, że znajdzie rodzinę, która da mu to, czego ja nie potrafiłam — mówi Katarzyna ze łzami w oczach.
Teraz skupia się na wychowaniu Zuzanny i odbudowie własnego spokoju.



