Przebudzenie Krystyny
– Krystyna, kto to jest ta kobieta? – spytał cicho Igor, tak by współpasażerowie nie słyszeli.
– Jaka kobieta? – Krystyna oderwała wzrok od telefonu, w którym pisała wiadomość do przyjaciółki.
– Ta tam… Widzisz, siedzi przy ostatnim oknie i cały czas się na nas gapi. I to bez wstydu.
Krystyna lekko się uniosła, by zobaczyć ową kobietę, o której mówił mąż, po czym natychmiast zmieniła wyraz twarzy. Zaaranżowała obojętność i potwierdziła ją wzruszeniem ramion:
– Nie wiem.
– Nie kłam, – zirytował się Igor, – widziałem jak cię coś tknęło, gdy ją zobaczyłaś. Kto to jest?
– To moja matka, – odparła Krystyna po chwili wahania, uznając, że lepiej będzie powiedzieć prawdę. Na wszelki wypadek.
– Matka? – zdumiał się Igor – mówiłaś, że nie masz matki.
– I tak jest naprawdę…
– Nie rozumiem, – Igor z ciekawością przyglądał się twarzy żony, – może to wyjaśnisz?
– Porozmawiajmy w domu…
– I nie podejdziesz do niej nawet? Mieszka tutaj? W naszym mieście?
– Igorze, proszę cię, porozmawiajmy w domu, – w głosie Krystyny zabrzmiała błagalna nuta, a w jej oczach pojawiły się łzy.
– Dobrze, – rzucił mąż i odwrócił się do okna. Był urażony.
Krystyna nie starała się go uspokajać. Była zadowolona, że na moment zostawił ją w spokoju.
Ale jaki to spokój? W jej głowie pojawiały się obrazy z dzieciństwa…
***
Swojego ojca Krystyna nie pamiętała. Wiedziała jedynie z opowiadań matki, że był „strasznym” człowiekiem.
Matka ciągle powtarzała, że Krystyna miała szczęście: w jej życiu pojawił się wyjątkowy człowiek. I to – ojczym.
Krystyna dobrze pamiętała go od ósmego roku życia, choć nie rozumiała, co było w nim takiego nadzwyczajnego.
Był surowy, zły, skąpy. „Za co mama go tak kocha?” – myślała mała Krystyna, chowając się w kącie, by wujek Piotr jej nie znalazł.
Nie bił jej ani nie upokarzał otwarcie.
Ale nie traktował jej jak człowieka. Nigdy nie nazywał po imieniu. Patrzył na nią jak na powietrze.
Jeśli rozmawiał z matką o Krystynie, brzmiało to mniej więcej tak:
– Dziewczyna nie umie się zachować…
– Twoja córka przeszkadza mi odpoczywać…
– Wytłumacz jej, że na chłopców jeszcze za wcześnie.
– Widziałaś jej dziennik? Spójrz! Wstyd mi, że żyje w moim domu!
„W jego domu! A co z naszą i mamy własnością!” – rozmyślała w okresie dojrzewania. Dokładnie pamiętała, że przeprowadziły się tam po śmierci babci.
Kiedy ojczym po raz kolejny, tysięczny raz, powtórzył to zdanie, Krystyna straciła cierpliwość i wykrzyknęła prosto w jego twarz:
– To nie ja, tylko wy mieszkacie w naszym domu! Jeśli się nie podoba, to wynoście się! Nikt nie będzie płakał!
Ojczym ruszył w jej stronę tak, jakby chciał zamknąć jej usta, ale zatrzymał się w ostatniej chwili. Ostro odwrócił się do żony, syknął przez zęby:
– Zrób coś, żebym więcej jej nie widział!
Matka złapała Krystynę za rękę, pociągnęła ją za sobą z pokoju i powiedziała:
– Oczywiście, kochanie, wszystko będzie tak, jak chcesz…
Zawsze patrzyła na niego jak na niebiosa. Podporządkowywała się bez sprzeciwu, obsługiwała, mówiła przesadnie słodkim głosem i starała się spełniać jego zachcianki.
Dlaczego? Krystyna tego nie rozumiała.
Jednego była pewna: gdyby ojczym zapragnął, matka bez trudu wyrzuciłaby ją z domu.
– Co ty sobie wyobrażasz? – syczała matka na Krystynę tamtego dnia, – nie wolno ci tak rozmawiać z ojcem!
– On nie jest moim ojcem! – krzyknęła Krystyna, – i nigdy nim nie będzie!
– Nieważne! On cię karmi, poje i ubiera, a ty… Niewdzięczna!
– Nie prosiłam, żeby mnie urodzić! – krzyknęła przez łzy Krystyna, – ani żeby mnie wychowywać! Trzeba było oddać mnie komuś, żeby nie cierpieć!
– Trzeba było! – rzuciła matka w odpowiedzi, – nikt nie chciał! A twój ojciec uciekł, jak tylko się urodziłaś!
Słysząc te słowa od matki, Krystyna poczuła taką nienawiść, że z całych sił odepchnęła ją na bok i wybiegła z mieszkania.
Nikt jej nie gonił. I przez ten tydzień, gdy była nieobecna, nikt nie zapytał, gdzie jest ani co się z nią dzieje.
Wtedy miała piętnaście lat…
Co mogła zrobić? Nic.
Koleżanki przybywały jej na dni kilka, ale to żadnym sposobem nie rozwiązywało problemu. Musiała wrócić.
Drżącymi dłońmi Krystyna otworzyła drzwi frontowe…
– Pojawiłaś się? – to wszystko, co powiedziała matka, – idź do siebie i nie wychylaj się, dopóki cię nie zawołam…
„Pewnie go przekonała”, – pomyślała Krystyna i szybko przemknęła do swojego pokoju.
Od tamtej pory ojczym nie mówił nic o Krystynie. Zachowywał się tak, jakby jej nie było…
Matka oczywiście wspierała go w tym: nie zapraszała córki do stołu, nie interesowała się jej sprawami, nie próbowała z nią rozmawiać.
Krystyna dobrze rozumiała: podjęli już decyzję co do niej. Prawdopodobnie tylko czekali, aż skończy szkołę…
I nie myliła się. Jak tylko Krystyna zdobyła świadectwo, matka zasugerowała, że czas najwyższy przygotować się do samodzielnego życia.
– Jak tylko skończysz osiemnaście lat, idziesz na swoje, – oznajmiła i znów zapadła w milczenie.
Krystyna pomyślała i zdecydowała się na uniwersytet. Po pierwsze, uwolni rodzinę od swojej obecności, po drugie – tam oferują akademik dla studentów spoza miasta. A to oznacza, że przez następne pięć lat będzie miała zapewnione mieszkanie…
Na uniwersytet się nie dostała. A właściwie dostała, ale na płatne studia. Wiedziała, że nikt nie będzie chciał płacić za jej edukację, ale mimo to powiedziała:
– Mamo, gratuluj mi, zostałam studentką.
Matka spojrzała na nią obojętnie:
– I co z tego?
– Ale trzeba płacić za naukę… Niewiele…
– Nawet o tym nie myśl. Nie dam ani grosza na twoje fanaberie! Mało z ojcem w ciebie zainwestowaliśmy?! Tylko nerwy nam szarpałaś! I jeszcze za twoją naukę mamy płacić?!
– Przepraszam. Oczywiście, że nie powinniście, – odpowiedziała Krystyna, – nie powinnam była ci mówić.
– No właśnie: nie powinnaś. Szukaj sobie mieszkania.
– Mamo, ale nie mam za co za nie zapłacić…
– Idź do pracy, a nie wymyślasz jakieś studiowanie. Dam ci jeszcze miesiąc… Potem – wynoś się.
– Miesiąc to za mało, – Krystyna próbowała wzruszyć matkę, – mogłabym mieszkać z wami choćby pół roku?
– Ile? Pół roku? Na pewno nie. Ledwie ojca przekonałam, żeby wytrzymał twoją obecność. Poza tym planujemy remont. Chcemy zrobić z twojego pokoju sypialnię. Krótko mówiąc: miesiąc, nie więcej…
I Krystyna wynajęła mieszkanie. Trudno to było nazwać mieszkaniem. Mała chatka na obrzeżach miasta. Bez wygód. Z piecem. Ale tanio…
Kiedy wyprowadzała się z domu rodzinnego, matka dała jej widelec, łyżkę, talerz, kubek, nóż do stołu i mały rondel. Potem zastanowiła się i dodała: ręcznik i stare pościele.
– Weź jeszcze to, – powiedziała, unikając wzroku i podając Krystynie małą torbę, – powodzenia, córko. Mam nadzieję, że dorośniesz i zrozumiesz mnie.
– Dziękuję, mamo, – odpowiedziała Krystyna, – mogę później zabrać swoje zimowe rzeczy?
– Tylko się nie spóźnij, bo możesz ich tu nie znaleźć…
– Myślisz, że je wyrzucisz?
– Ja – nie, ale ojcu to się może nie spodobać. Rozumiesz…
– Rozumiem, – Krystyna obejmując matkę powiedziała, – no cóż, idę…
Tak, w wieku osiemnastu lat, Krystyna wkroczyła w dorosłe życie.
Z matczynym błogosławieństwem…
Pieniądze, które dała jej matka, wystarczyły do pierwszej wypłaty. Krystyna oszczędzała każdy grosz. Nawet nie korzystała z transportu: szła pieszo do fabryki.
Otrzymując pierwszą wypłatę, czuła się jak prawdziwa bogaczka! Kupiła kasze i makaron na zapas, butelkę oleju roślinnego i całe wiadro ziemniaków.
Trzeba było jeszcze kupić szampon, mydło, pastę do zębów…
Zakupiwszy wszystko czego potrzebowała, policzyła pozostałe pieniądze i odkładając niewielką sumę do ładnej koperty, postanowiła: może mało, ale będę odkładać na mieszkanie.
Do matki pojechała po około miesiącu: odwiedzić (wciąż naiwnie wierzyła, że mama będzie zadowolona) i zabrać ciepłe ubrania: lato się skończyło, zrobiło się chłodno.
Drzwi otworzył jej jakiś chłopak.
– Cześć, pomyliłaś drzwi? – zapytał z uśmiechem.
– Właściwie to ja do mamy, – zmieszała się dziewczyna.
– A… Ty pewnie Krystyna? Wejdź. Mamy nie ma, ale możesz na nią poczekać.
– Poczekam, – zdecydowanie przeszła Krystyna do kuchni.
Chłopak próbował zagadać do gości, ale Krystyna spojrzała na niego w taki sposób, że szybko się wycofał.
Przyszła matka. Nie sprawiała wrażenia zadowolonej. Na pytanie Krystyny o młodego mężczyznę odpowiedziała:
– To Olek. Syn męża z pierwszego małżeństwa.
– A dlaczego mieszka z wami? Przecież planowałaś remont.
– On tylko na chwilę. Obejrzy się po mieście, znajdzie pracę i wyniesie się na mieszkanie.
– Rozumiem, – odparła Krystyna, – zabrałam tam swoje buty i kurtkę…
– Zabieraj wszystko. Nie zostawiaj nic. Mam dość przekładania wszystkiego z miejsca na miejsce.
– Kiedy się tego docierpiałeś, mamo? Minęło zaledwie dwa miesiące, odkąd mnie nie było.
– Nie mądruj się, – zirytowała się matka, – przyjechałaś – zabierz wszystko.
– Nawet nie zapytasz, jak mi się wiedzie?
– Nie interesuje mnie to, – matka wyraźnie nie radziła sobie (a może i chciała) rozmawiać przy Olku.
– Cóż, nie zdziwiłaś mnie, – powiedziała Krystyna kierując się na korytarz…
– Odprowadzić cię? – pojawił się skądś Olek, – jak zamierzasz dźwignąć tak ogromną torbę?
– Jakoś sobie poradzę, – rzuciła Krystyna i wyszła z mieszkania…
Po kilku miesiącach znowu przyjechała. Teraz po kurtkę. Znowu drzwi otworzył jej Olek. Tym razem matka była w domu. Na pytanie Krystyny:
– Czy on nadal u was mieszka? – matka wybuchła:
– To nie jest twoja sprawa! On będzie tu mieszkał, ile tylko zechce! W końcu przyjechał do ojca!
– A ja mieszkałam z mamą, – rzuciła Krystyna, – ale mnie to jakoś nie uratowało.
– Nie porównuj! To co innego!
– Co innego? – zapytała Krystyna stanowczo, – jaka jest różnica?
– Nie muszę ci się tłumaczyć! – krzyknęła matka, – to mój dom i tylko ja decyduję, kto w nim mieszka.
– Rozumiem.
– Co rozumiesz?!
– To, że ktoś obcy jest ci droższy niż własna córka, – mówiła Krystyna spokojnie, czym zupełnie wyprowadziła matkę z równowagi.
– Nie mam żadnej córki! – wykrzyknęła, – a Olek – syn mojego ukochanego mężczyzny! Jest dla mnie więcej niż syn!
– Gratuluję, – powiedziała Krystyna, patrząc na matkę jak na obcą kobietę, – w takim razie nie mam już matki.
Odeszła.
Przekonana, że na zawsze.
Przez cztery lata Krystyna nie dawała znaku życia. Ani razu nie zadzwoniła, nie odwiedziła.
A teraz to spotkanie…
***
Podczas gdy Krystyna pogrążona była w wspomnieniach, matka podniosła się ze swojego miejsca i podeszła do niej.
Igor wstał, ustępując jej miejsca.
– Witaj, – Krystyna usłyszała znajomy, lecz niechciany głos, który tak starała się zapomnieć.
– Cześć, – odpowiedziała ledwie słyszalnym tonem.
– Kim jest ten pan? – zapytała matka wskazując na Igora.
– Mój mąż.
– Gratuluję.
– Dziękuję.
– U nas też wszystko dobrze. Tata pracuje, Oleczek znalazł dziewczynę. Przesympatyczna, spokojna. Ślub za miesiąc. Wiesz, niebawem zostanę babcią. To takie szczęście! Postanowiliśmy z tatą przeznaczyć twój pokój dla dziecka. Już zaczęliśmy remont. Kupiliśmy najdroższe tapety z dziecięcym wzorem. Poza tym planujemy z tatą kupić działkę rekreacyjną. Gdzieś blisko. Dziecko potrzebuje świeżego powietrza, witamin. Szukamy więc czegoś niedrogiego, ale z nadającym się do zamieszkania domkiem i rzeką lub jeziorem w pobliżu…
Krystyna słuchała tego potoku słów i nie mogła pojąć, dlaczego ta kobieta – będąca jej matką jedynie w biologicznym sensie – opowiada jej to wszystko.
– A ty długo jesteś już mężatką?
– Od dwóch lat, – odpowiedziała Krystyna mechanicznie.
– Myślicie o dzieciach?
– Syn ma prawie rok.
– Czyli mam wnuka?
– Pani? – Krystyna wreszcie spojrzała na matkę.
– Ja, – na chwilę zmieszała się kobieta, – przecież jesteś moją córką.
– Coś pani się pomyliło, kobieto. Moja mama zmarła cztery lata temu…
Matka pobladła. W milczeniu podniosła się i skierowała do wyjścia.
Krystyna odwróciła się do okna: nie było jej wcale żal… tej kobiety.
Igor cały czas obserwował obie kobiety, przysłuchując się ich rozmowie.
I nagle zrozumiał: były dla siebie zupełnie obce!
Postanowił, że nie będzie pytał żony o przeszłość. Jakoś strasznie było mu zaglądać w tamte rejony…



