— Kasia, kim jest ta kobieta? — cicho zapytał Igor, żeby inni pasażerowie nie usłyszeli.
— Jaka kobieta? — Kasia oderwała się od telefonu, w którym pisała wiadomość do przyjaciółki.
— Tamta… Widzisz, siedzi przy ostatnim oknie i cały czas się na nas patrzy. Mógłbym nawet powiedzieć, że bezwstydnie gapi.
Kasia uniosła się trochę, żeby zobaczyć, o kim mówił mąż, a jej twarz momentalnie się zmieniła. Po chwili starała się opanować i wzruszyła ramionami z udawanym obojętnym wyrazem twarzy:
— Nie wiem.
— Nie kłam, — zirytował się Igor. — Widziałem, że zupełnie cię zaskoczyło, kiedy ją zobaczyłaś. Kim ona jest?
— To moja matka, — po chwili odpowiedziała Kasia. Zdecydowała w sekundę, że lepiej powiedzieć prawdę. Tak na wszelki wypadek.
— Matka? — zdziwił się Igor. — Mówiłaś, że nie masz matki.
— Tak jest…
— Nie rozumiem, — Igor spojrzał z zaciekawieniem na twarz żony. — Może wyjaśnisz?
— Porozmawiamy w domu…
— A co, nawet do niej nie podejdziesz? Mieszka tutaj? W naszym mieście?
— Igor, błagam cię, porozmawiajmy w domu, — w głosie Kasi zabrzmiała prośba, a jej oczy zalśniły od łez.
— Dobrze, — rzucił mąż i odwrócił się do okna. Obraził się.
Kasia nie uspokajała go. Cieszyła się, że choć na chwilę zostawił ją w spokoju. Choć w jej głowie pojawiły się obrazy z dzieciństwa…
***
Taty Kasia nie pamiętała. Wiedziała tylko z opowiadań mamy, że był „okropnym” człowiekiem.
Mama mówiła też, że ma wiele szczęścia: w jej życiu jest cudowna osoba. To ojczym.
Jego Kasia pamiętała dobrze od ósmego roku życia. Choć nie rozumiała, co w nim takiego cudownego.
Był gburowaty, zły, skąpy. „Za co mama go tak kocha?” — myślała mała Kasia, chowając się gdzieś w kącie, żeby wujek Piotr jej nie znalazł.
Nie, nigdy jej nie bił, otwarcie nie obrażał. Ale też za człowieka jej nie uważał. Nigdy nie nazywał po imieniu. Patrzył na nią jak na puste miejsce.
Kiedy rozmawiał z żoną o Kasi, brzmiało to mniej więcej tak:
— Dziewczynka nie potrafi się zachować…
— Twoja córka przeszkadza mi odpocząć…
— Wyjaśnij jej, że na spacery z chłopcami jeszcze za wcześnie.
— Widziałaś jej dziennik? Spójrz! Wstydzę się, że mieszka w moim domu!
„W jego domu! A co z tym, że to nasze mieszkanie po babci?!” — myślała Kasia jako nastolatka. Dobrze pamiętała, że wprowadziły się tam z mamą po śmierci babci.
Kiedy ojczym powtórzył to zdanie po raz kolejny, Kasia nie wytrzymała i powiedziała mu prosto w twarz:
— To nie ja, a wy mieszkacie w naszym domu! Jeśli się nie podoba, odejdźcie! Nikt nie będzie płakał!
Ojczym podszedł do niej gwałtownie, jakby chciał jej zamknąć usta, ale w ostatniej chwili się zatrzymał. Obrócił się do żony i wycedził przez zęby:
— Zrób coś, żebym jej już więcej nie widział!
Mama złapała Kasię za rękę, ciągnąc ją z pokoju, mówiąc:
— Oczywiście, kochanie, będzie tak, jak chcesz…
Zawsze patrzyła na niego jak na bóstwo. Posłusznie służyła, mówiła przymilnym głosem i starała się mu dogodzić.
Dlaczego? Kasia nie rozumiała.
Była pewna jednego: jeśli ojczym tego zapragnie, matka bez wahania wyrzuci ją z domu.
— Co ty sobie wyobrażasz? — syknęła mama tamtego dnia na Kasię. — Nie waż się tak rozmawiać z ojcem!
— On nie jest moim ojcem! — krzyknęła Kasia. — I nigdy nim nie będzie!
— To nieważne! On cię żywi, ubiera, a ty… Niewdzięczna!
— Nie prosiłam, by mnie rodzić! — krzyczała przez łzy Kasia. — I nie prosiłam, by mnie wychowywano! Trzeba było oddać mnie komuś innemu, aby się nie męczyć!
— Trzeba było! — odparła mama. — Nikt nie chciał! A twój ojciec uciekł, gdy tylko się urodziłaś! Zniszczyłaś mi całe życie!
Słysząc te słowa od mamy, Kasia poczuła taką nienawiść, że z całej siły odepchnęła ją na bok i wybiegła z mieszkania.
Nikt jej nie gonił. I przez ten tydzień, gdy jej nie było, nikt się nie zainteresował, gdzie jest i co z nią się dzieje.
Kasia miała wtedy piętnaście lat…
Co mogła zrobić? Nic.
Przyjaciółki na zmianę przygarniały ją na kilka dni, ale to wcale nie rozwiązywało problemu. Musiała wrócić.
Drżącymi rękami Kasia otworzyła drzwi wejściowe…
— Wróciłaś? — jedyne, co powiedziała matka. — Idź do siebie i nie wychodź, dopóki cię nie zawołam…
„Pewnie ją przekonała”, — pomyślała Kasia i szybko przemknęła do swojego pokoju.
Od tego dnia ojczym ani słowem o Kasi nie wspominał. Zachowywał się tak, jakby jej nie było…
Oczywiście, matka go w tym wspierała: nie wołała córki do stołu, nie interesowała się jej sprawami, nie próbowała rozmawiać.
Kasia dobrze rozumiała: w jej sprawie podjęli już jakąś decyzję. Pewnie tylko czekają, aż skończy szkołę…
I się nie pomyliła. Gdy tylko otrzymała świadectwo, matka zasugerowała, że czas, by przygotowywała się do samodzielnego życia.
— Jak tylko skończy osiemnaście lat, pójdziesz na swoje, — oznajmiła i znów zamilkła.
Kasia pomyślała i postanowiła iść na studia. Po pierwsze, uwolni rodzinę od swojej obecności, po drugie — tam dla studentów z innych miast jest akademik. To znaczy, że w najbliższych pięciu latach będzie miała przynajmniej mieszkanie…
Na uniwersytet się nie dostała. Właściwie, dostała, ale na płatne studia. Wiedziała, że na naukę nikt pieniędzy nie da, ale jednak powiedziała:
— Mamo, gratuluj mi, zostałam studentką.
Matka spojrzała na nią obojętnie:
— I?
— Ale za naukę trzeba płacić… Trochę tylko…
— Nawet nie myśl o tym. Nie dostaniesz ani grosza na swoje zachcianki! Mało my z ojcem w ciebie zainwestowaliśmy?! W zamian tylko nerwy nam szarpałaś! A teraz jeszcze mamy za twoją naukę płacić?!
— Przepraszam. Oczywiście, nie powinniście, — odpowiedziała Kasia, — niepotrzebnie ci powiedziałam.
— Właśnie, niepotrzebnie. Szukaj sobie mieszkania.
— Mamo, nie mam za nie z czego płacić…
— Idź do pracy, bo sobie wymyśliła studiować. Daję ci jeszcze miesiąc… Potem — wyjście.
— Miesiąc to za mało, — Kasia próbowała rozczulić matkę, — mogę z wami pomieszkać jeszcze chociaż pół roku?
— Ile? Pół roku? O nie. Już ledwo przekonałam ojca, żeby zniosł twoją obecność. Poza tym, zaplanowaliśmy remont. Chcemy zrobić z twojego pokoju sypialnię. Krótko mówiąc: miesiąc, nie więcej…
I Kasia wynajęła mieszkanie. Mieszkaniem to trudno było nazwać. Mały domek w prywatnym sektorze. Bez udogodnień. Z piecem. Ale tanie…
Kiedy dziewczyna opuszczała rodzinny dom, matka dała jej widelec, łyżkę, talerz, kubek, nóż stołowy i mały garnek. Potem pomyślała i dodała: jeden ręcznik i stary komplet pościeli.
— Jeszcze to weź, — powiedziała, unikając wzroku, i wręczyła Kasi małą torbę. — Powodzenia, córko. Mam nadzieję, że dorośniesz i mnie zrozumiesz.
— Dziękuję, mamo, — odpowiedziała Kasia. — Mogę później zabrać moje zimowe rzeczy?
— Tylko długo nie zwlekaj, bo możesz ich tutaj nie znaleźć…
— Naprawdę wyrzucisz?
— Ja nie, ale ojcu może się to nie spodobać. Wiesz przecież…
— Rozumiem, — Kasia objęła matkę. — No to idę…
Tak, w wieku osiemnastu lat, Kasia wkroczyła w samodzielne życie.
Z matczynym błogosławieństwem…
Pieniędzy, które dała matka, wystarczyło do pierwszej wypłaty. Kasia jednak oszczędzała każdą złotówkę. Nawet nie korzystała z transportu: do pracy chodziła pieszo.
Gdy otrzymała pierwszą wypłatę, czuła się jak prawdziwa bogaczka! Kupiła kaszę i makaron na zapas, butelkę oleju roślinnego i całe wiadro ziemniaków.
Trzeba było jeszcze kupić szampon, mydło, pastę do zębów…
Zakupiwszy wszystko, co niezbędne, policzyła resztę pieniędzy i, odkładając niewielką sumę do pięknego koperty, postanowiła: choćby mało, ale będę oszczędzać na mieszkanie.
Do matki pojechała miesiąc później: zobaczyć się (naiwnie wierzyła, że mama się ucieszy) i zabrać ciepłe rzeczy: lato się skończyło, na zewnątrz zrobiło się jesiennie chłodno.
Drzwi otworzył jej jakiś chłopak.
— Hej, pomyliłaś drzwi? — zapytał wesoło.
— Właściwie przyszłam do mamy, — zmieszała się dziewczyna.
— Ach… Ty pewnie Kasia? Wchodź. Mamy nie ma, ale możesz na nią poczekać.
— Poczekam, — zdecydowanie przeszła do kuchni.
Chłopak próbował z nią porozmawiać, ale Kasia spojrzała na niego tak, że szybko się wycofał.
Przyszła matka. Nie była szczególnie zadowolona. Na pytanie Kasi o młodego człowieka odpowiedziała:
— To Olek. Syn męża z pierwszego małżeństwa.
— Dlaczego z wami mieszka? Mówiłaś, że planujesz remont.
— Jest tu tymczasowo. Rozejrzy się w mieście, znajdzie pracę i wyprowadzi się na wynajmowane mieszkanie.
— Rozumiem, — rzuciła Kasia, — wzięłam swoją jesienną kurtkę i buty.
— Zabierz wszystko. Niczego nie zostawiaj. Mam dość przenoszenia z miejsca na miejsce.
— Kiedy się tym znudziłaś, mamo? Nie było mnie tylko dwa miesiące.
— Nie mądrz się, — zirytowała się matka. — Przyjechałaś — zabieraj wszystko.
— Nawet nie zapytasz, jak mi się żyje?
— Nie interesuje mnie to, — matka najwyraźniej nie mogła (może i nie chciała) rozmawiać przy Olku.
— Cóż, nie zaskoczyłaś mnie, — Kasia skierowała się do korytarza…
— Odprowadzić cię? — wychylił się skądś Olek. — Jak taką dużą torbę zaniesiesz?
— Jakoś dam radę, — odpowiedziała Kasia i wyszła z mieszkania…
Kilka miesięcy później przyjechała ponownie. Teraz po kurtkę. Znów drzwi otworzył jej Olek. Tym razem mama była w domu. Na pytanie Kasi:
— Nadal u was mieszka? — mama wybuchła:
— To nie twoja sprawa! Będzie mieszkał, ile zechce! W końcu przyjechał do ojca!
— A ja mieszkałam tu z mamą, — rzuciła Kasia, — tylko mnie to jakoś nie chroniło.
— Nie porównuj! To coś innego!
— Co innego? — zapytała twardo Kasia, — jaka różnica?
— Nie jestem zobowiązana przed tobą się tłumaczyć! — krzyknęła matka, — to mój dom i tylko ja zdecyduję, kto będzie w nim mieszkał.
— Rozumiem.
— Co ci jest zrozumiałe?!
— Że obca osoba jest ci droższa od własnej córki, — mówiła spokojnie Kasia, czym całkowicie wyprowadziła matkę z równowagi.
— Nie mam córki! — krzyknęła, — a Olek to syn mojego ukochanego mężczyzny! Jest dla mnie bardziej jak syn!
— Gratuluję, — Kasia spojrzała na matkę, jakby przed nią stała zupełnie obca kobieta, — w takim razie, nie mam matki.
Odeszła.
Pewna, że na zawsze.
Przez cztery lata Kasia się nie odzywała. Nie dzwoniła, nie przychodziła.
A teraz to spotkanie…
***
Kiedy Kasia tkwiła we wspomnieniach, matka wstała ze swojego miejsca i podeszła do córki.
Igor wstał, ustępując jej miejsca.
— Witaj, — Kasia usłyszała znajomy, aż do bólu, głos, którego starała się zapomnieć.
— Cześć, — ledwo wydusiła z siebie odpowiedź.
— Kim on jest? — matka skinęła głową w stronę Igora.
— Mąż.
— Gratuluję.
— Dziękuję.
— U nas wszystko dobrze. Tata pracuje, Olek znalazł dziewczynę. Taka miła, spokojna. Ślub za miesiąc. Wiesz, wkrótce zostanę babcią. To takie szczęście! Postanowiliśmy z tatą, że przeznaczymy twój pokój dla dziecka. Już zaczęliśmy remont. Kupiliśmy tapety — najdroższe, z dziecięcym wzorem. A jeszcze z tatą postanowiliśmy kupić działkę. Gdzieś niedaleko. Dziecko potrzebuje świeżego powietrza, witamin. Szukamy czegoś niedrogiego, ale żeby był domek całoroczny i koniecznie rzeka w pobliżu. Albo jezioro…
Kasia słuchała tego monologu i nie mogła zrozumieć, dlaczego ta obca, w rzeczywistości, kobieta to wszystko jej opowiada.
— Długo jesteś mężatką?
— Dwa lata, — odpowiedziała automatycznie Kasia.
— Myślicie o dzieciach?
— Syn ma prawie rok.
— Więc mam wnuka?
— Pani? — Kasia wreszcie spojrzała na matkę.
— Ja mam, — na chwilę się zmieszała matka, — jesteś moją córką.
— Chyba coś się pani pomyliło. Moja mama zmarła cztery lata temu…
Matka pobladła. Milcząc wstała i skierowała się do wyjścia.
Kasia odwróciła się do okna: wcale jej nie było żal… tej kobiety.
Igor przez cały czas patrzył zadumanie na obie kobiety, wsłuchując się w rozmowę.
I nagle zrozumiał: to zupełnie obce sobie osoby!
Postanowił, że nie będzie pytać żony o przeszłość. Z jakiegoś powodu bał się tam zaglądać…



