Pozdrowienia od Przyjaciela

—Żebyś się udławiła! —wrzeszczała kobieta w czarnym, wełnianym berecie. —Zobaczysz, jeszcze ci to wyjdzie bokiem! Obiecuję! Trzymaj swoją ostatnią kolację, dopóki możesz!

Zosia stała z otwartymi ustami, ściskając w dłoniach paczkę mrożonych krewetek. Ostatnią w promocji. Szalona staruszka próbowała wyrwać jej towar, a gdy spotkała się z oporem, zaczęła miotać przekleństwa. Klienci sklepu przyglądali się ohydnej scenie. W końcu kobieta odjechała z wózkiem w stronę działu z przyprawami, a Zosia powłóczyła się do kasy.

—To ja pierwsza wzięłam te głupie krewetki —myślała. —Ani słowa jej nie powiedziałam, a ona jak oszalała…
—Ona tu przychodzi jak do pracy —wtrąciła kasjerka, próbując uspokoić Zosię. —Zawsze znajdzie powód do awantury. Raz nawet ukradła komuś ser, a potem zostawiła go na ladzie. Po co?

Zosia wymusiła uśmiech. Pewnie wiosenne przesilenie. Nie warto się przejmować. W domu czekał na nią kot Feliks, który, zobaczywszy ją w oknie, przycisnął łapkę do szyby.
—I tobie dzień dobry, Feluś! —zawołała, machając do niego.

***
Wieczorem Zosia przygotowała kolację. Feliks, zwykle cierpliwy rudzielec w białych skarpetkach, bezceremonialnie wskoczył jej na kolana.
—Co się stało? —zdziwiła się, gdy kot wyrwał krewetkę z widelca, a drugą zrzucił z talerza, pożerając w mgnieniu oka.
—Wszyscy dziś mają humory…

Zanim zdążyła go skarcić, zniknął w głębi mieszkania. Po posiłku Zosia włączyła telewizor. Feliks wspiął się na jej ramiona, otulił łapkami i wtulił nos w ucho.
—Jaki dziś czuły —szepnęła, głaszcząc go. —Kochasz mnie, co? Ja też cię kocham.

Zasnęła przy dźwięku mruczenia, by obudzić się nagle od głośnego syku. Feliks stał wygięty w łuk, wpatrzony w ciemny kąt pokoju.
—Felku? Co tam jest? —Zosi przebiegły ciarki. Słyszy się, że zwierzęta wyczuwają rzeczy niewidoczne… Może i on coś zobaczył?

Kot postąpił kilka kroków, sycząc jeszcze groźniej, po czym… wrócił do siebie. Znów wtulił się w nią, jakby nigdy nic.

***
Tej nocy Zosia budziła się kilkukrotnie. Feliks krążył po mieszkaniu, sprawdzając każdy zakamarek. O świcie zastała go w kącie sypialni, walczącego z niewidzialnym wrogiem.
—Feliks! Co tam…? —Zapaliła lampkę. Kot podbiegł, miaucząc nerwowo. Zwykle tak robił, gdy domagał się smakołyków.

—Czego chcesz? —wzięła go na ręce, lecz ten wyrwał się i pognał do kuchni. Usłyszała brzęk tłuczonego szkła. Feliks siedział na stole, obok roztrzaskanej cukiernicy. Machnął łapą, strącając imbryk. Drobne odłamki rozsypały się po podłodze.

—Boże… —Zosia zatkała usto dłonią. Kot obserwował ją spokojnie, jakby czekał, aż posprząta. Gdy skończyła, zniknął w ciemności.
—Jutro umyję podłogę dokładnie… Feliks, nie wchodź tu! —zawołała, lecz kot leżał już na jej poduszce. Dyszał ciężko, drżąc na całym ciele.

***
—Zadzwoniłam od razu… Weterynarz stwierdził zatrucie. Skąd? Mieszkam sama, Feliks nigdy nie wychodził… —Zosia łkała w poczekalni, zwracając się do starszej pani z różową transporterką.

—Rozpoczęli płukanie, ale… było za późno. Jak mogłam nie zauważyć? —Zasłoniła twarz. Z transporterki wysunęła się biała łapka, dotykając jej kolana.
—Współczuję —szepnęła staruszka. —Nawet moja Madame jest wzruszona…
—Wierzy pani w klątwy? —spytała nagle Zosia. —Tamta kobieta w sklepie… Powiedziała, że to moja ostatnia kolacja. Feliks zjadł krewetki zamiast mnie. Walczył z czymś… Chciał mnie ochronić?

—Zwierzęta widzą więcej —odparła tamta, gładząc transporterkę. —Madame przyszła do mnie, gdy byłam samotna. Zmieniła wszystko…

Drzwi gabinetu otworzyły się.
—Zofio, możecie już zabrać Feliksa…

***
Miesiące mijały, a Zosia wciąż nosiła żałobę.
—Tylko gdyby Feliks przysłał mi kogoś… Wtedy bym zrozumiała —mówiła przyjaciółkom.

Pewnego letniego wieczoru, w blasku zachodzącego słońca, szła w stronę metra. Wśród straganów z pierogami, owocami i świecącymi gadżetami usłyszała piskliwy głos:
—Nie przygarnie pani kotka?

Odwróciła się. Stała przed nią znajoma staruszka z kartonem.
—Zofio, prawda? Madame uciekła, zaliczyła romans… Został jeden malec.

W świetle zachodu ujrzała kociaka: białego, w prążkowanych skarpetkach.
—Jak Feliks… Tylko odwrotnie —szepnęła przez łzy.

—Ktoś cię przysłał, co? —przytuliła go. —Feliks załatwił to w kocim niebie, prawda?

Kotek wtulił nosek w jej ucho, mrucząc opowieść o wiecznej zabawie, spokoju i pozdrowieniach od Feliksa. Obiecał, że teraz on będzie czuwał. I że wszystko będzie dobrze.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziesięć + 14 =

Pozdrowienia od Przyjaciela