Urażony! Wdzięczność od najmłodszych? Cóż za ironia!

Żal mi się! Wdzięczność od dzieci? Ech, cóż za marzenia!

Muszę się wyżalić, bo serce pęka.

Cześć wszystkim! Ostatnio ciągle słyszę, jak to dzieci bywają niewdzięczne wobec rodziców. Postanowiłem więc wylać z siebie gorycz, podzielić się swoim cierpieniem.

Jestem ojcem dwóch dorosłych synów.

Dla nich porzuciłem wszystko – karierę, pasje, z miejskiego człowieka stałem się wiejskim dziadkiem, byle tylko nie opuszczać ich matki, bo chłopakom potrzebny był ojciec. Co ja przeszedłem! Osiem lat bez stałej pracy, bez grosza przy duszy – harowałem od świtu do nocy, by ich wychować, wykształcić. Żona wprawdzie była, ale z charakterem – niełatwo z nią było.

Dzięki Bogu, synowie wyrośli na rozgarniętych, znaleźli swoje ścieżki.

Niewdzięczność dzieci – jak nóż w serce

Starszy, już siedem lat, mieszka u swojej dziewczyny w Krakowie, jak przyjęty zięć. Zapracowuje się na śmierć, utrzymując nie tylko ją, ale i jej matkę oraz młodszą siostrę. A co otrzymuje? Nic.

Jego Ewa nie chce ślubu, nie chce dzieci – twierdzi, że nie dojrzała. Pracować też nie ma ochoty: zatrudni się na miesiąc-dwa, potem rzuca – „nudne”. I tak cały rok w domu. Siostra jej – wieczna studentka, teściowa dorabia, jak znajdzie dorywczą robotę.

Serce mi się kraje: ileż można wykorzystywać mojego chłopaka? On milczy, nie skarży się, a ja boję się odezwać – ale ból w środku zostaje. Gdy przyjeżdżają do mnie na wieś pod Poznaniem i coś przywiozą, od razu wręczam im pieniądze. A synowa nawet palcem nie kiwnie, by pomóc. Za to przy odjeździe pierwsza pakuje worki z ziemniakami, jajkami, wędliną – wszystkim, co dla nich zgromadziłem.

Gotować nie umie – lub nie chce. Mówi: „U ciebie smakuje lepiej, nie dam rady”. Łatwa wymówka! Ciągle gdzieś biegają, wypoczywają, teściowa za nimi łazi. Ale nigdy: „Jedź z nami, tato!”. Cierpię w milczeniu. Myślę: „Niech im będzie dobrze”. A co czuje mój syn? Nie śmiem pytać.

Młodszy znalazł sobie Zosię. Wpada do domu: „Gościa mamy, zrób coś smacznego”. Gość? Codziennie wieczorem tu siedzi! A on nawet marchewki nie kupi, bym ugotował. Za to jej suknię na studniówkę i imprezę opłacił, bo matka Zosi pracę straciła. Gdy ta zachorowała i do szpitala trafiła, znów wszystko na niego. A mnie, gdy mnie gdzieś podwiezie, liczy benzynę – każe płacić.

Po studniówce w ogóle ją do domu wprowadził.

Jak długo jeszcze będę służącym?

We dwoje chowają słodycze, wieczorem siadają przy stole jak w restauracji. Nawet papieru toaletowego nie przyniosą! Piorę, rozwieszam, a zdjąć nie ma komu. Czasem specjalnie zostawiam – tydzień schnie na wietrze. Milczę, bo jak zacznę gderać, stanę się tyranem. Jakby to oni mnie gościli, nie ja ich! Ale ile tak można?

Całe lato jeździli nad Bałtyk – obaj, bratersko, dwoma autami jak magnaci. Wiedzą, że marzę o morzu, że lat nie byłem. Ale żaden nie zapytał: „Tato, jedziesz z nami?”.

Serce pęka. Wiem, ile poświęciłem, z czego zrezygnowałem, by stanęli na nogi. Ale cóż – zrozumiałem: nie licz na wdzięczność dzieci. Choćby szacunek, ale i tego brakuje!

Zbolały ojciec.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 + dziewiętnaście =

Urażony! Wdzięczność od najmłodszych? Cóż za ironia!