Przecież ludzie stali się tacy niewdzięczni. Może jestem zbyt dobry! Po prostu wchodzą mi na głowę. Mam problem – jestem za dobry.
Gorycz dobroci
Niedawno, po śmierci ojca, mama zapytała mnie, czy nie powinna zaprosić swojej siostry Marii, żeby z nią zamieszkała w naszym domu na obrzeżach Gdańska. Mówiła, że we dwójkę będzie im łatwiej – będą mogły sobie nawzajem pomagać i dzielić się rachunkami za ogrzewanie i prąd. No i w nocy nie będzie tak strasznie zostać samemu w dużym domu.
Zgodziłem się. W końcu jestem jej siostrzeńcem, a i sam jestem dobrym człowiekiem. Chociaż ciotka Maria nigdy nie przypadła mi do gustu – odkąd pamiętam, była złośliwa, skąpa i jadowita jak jesienny wiatr. Pomyślałem jednak: wiek już solidny, może się zmieniła?
Ludzka niewdzięczność
Jakże się myliłem! Ledwo ciotka Maria się do nas wprowadziła, zaczęły się kłopoty. Mama dzwoniła do mnie zapłakana niemal codziennie. Ciotka, jak się okazało, od razu wszystko wzięła w swoje ręce – rządziła jak generał, ustanawiała swoje porządki, krzyczała na mamę z byle powodu, chowała jedzenie, a przy tym udawała chorą, byle tylko nic nie robić.
Wtedy pracowałem w Warszawie, daleko od rodzinnego Gdańska, i nie mogłem się wyrwać do domu, żeby się tym zająć. A potem zadzwonili do mnie i powiedzieli, że mamy już nie ma.
Przyjechałem na pogrzeb z zamiarem sprzedania domu – pieniądze były mi wtedy bardzo potrzebne. Ale ciotka Maria tak płakała na cmentarzu, że serce mi zmiękło. Nie mogłem jej powiedzieć o swoich planach. Gdzież by poszła, biedaczka? Jej syn wynajął jej mieszkanie, zostawiając ją bez dachu nad głową. Postanowiłem, że niech mieszka w domu, ile chce.
Łzy i chaos
Minęło trochę czasu, a sąsiedzi zaczęli dzwonić. Skargi sypały się jedna za drugą. Ciotka Maria, bez pytania mnie, wycięła winnicę na podwórku – tę samą, którą tata z miłością pielęgnował przez lata. Postawiła na działce jakiś kurnik. A jej syn, ten próżniak, w ogóle wprowadził się do niej i urządzał pijackie imprezy do rana.
Zadzwoniłem do niej i powiedziałem wprost: „Tak dalej być nie może. Sprzedam dom, koniec kropka, nie chcę więcej problemów”. Ale za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem do Gdańska z myślą o znalezieniu kupca, spotykał mnie wodospad łez – nie rzeka, a burza! Zaczynała lamentować o mamie, jaka była święta, że śni się jej każdej nocy… Miękłem jak wosk i rezygnowałem.
A potem – grom z jasnego nieba. Z prokuratury dowiedziałem się, że ciotka Maria z synem próbowali sprzedać mój dom na podstawie fałszywych dokumentów. Wpadłem w furię. Pojechałem do niej, a ona znowu łzy, z progu rzuciła się na mnie, ręce całując, przepraszać zaczęła.
Byłem zaskoczony. Trzasnąłem drzwiami i poszedłem nocować do kuzynki Lidii. Wylałem jej wszystko, jak na spowiedzi – o łzach ciotki, o tym, jak mnie zmiękczała. A Lidia nagle się zaśmiała: „Co ty, Andrzej, nie wiesz? Ciotka Maria ma od dwudziestu lat przewlekłe zapalenie kanalików łzowych! Proponowali jej operację, ale odmówiła. Te jej łzy to nie łzy, tylko wydzieliny. Taka żmija, jak ona, płakać nie umie. To ona swoją złością twoją mamę do grobu zagoniła”.
Tu już naprawdę się rozpłakałem – z żalu i złości. O mało co nie dałem się oszukać jakiejś staruszce! O mało nie straciłem domu, który odziedziczyłem po rodzicach!
Teraz wiem na pewno: z moją dobrocią koniec. Dość bycia mięczakiem. Ciotka Maria z synem więcej nie zobaczą ani domu, ani mnie. Niech idą gdzie chcą. A ja wreszcie zacznę myśleć o sobie. Przecież byłem zbyt długo zbyt dobry.



