Niedawno miałam urodziny, skończyłam pięćdziesiąt lat. Mój mąż dał mi kwiaty i prezent – wszystko było tak, jak być powinno. Po wyjściu gości Radek jednak powiedział:
– Moja droga, to już ostatni wieczór, jaki spędziliśmy razem. Byliśmy ze sobą przez dwadzieścia lat, ale to koniec. Muszę Ci wyznać – zakochałem się w innej kobiecie i to do niej odchodzę. Nie chcę Cię dłużej oszukiwać.
Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam, to był jak cios poniżej pasa. Przecież moje uczucia do męża nie zniknęły, nawet nie podejrzewałam go o zdradę. Okazywałam mu troskę, a on tak mi się odwdzięczył! Może potrzebuje przerwy? Niestety mój mąż mówił poważnie – złożył pozew o rozwód i cztery miesiące później byliśmy już rozwiedzeni. Związał się z kobietą o połowę młodszą ode mnie, była z nim w ciąży. Na początku byłam ogarnięta ciężkim smutkiem – wydawało mi się, że tego nie wytrzymam, że serce mi pęknie z bólu. Nie chciałam znać już żadnego mężczyzny, zresztą myślałam, że i tak nie jestem za młoda i nikt mnie nie zechce.
W tym samym czasie moja córka powiedziała, że spodziewa się dziecka i za pół roku zostanę babcią. Ożywiłam się i wyrwałam z tego przytłaczającego smutku. To była taka dobra wiadomość! A były będzie miał podwójne powody do świętowania – zostanie zarówno dziadkiem, jak i ojcem. „No cóż” – wmawiałam sobie – „po urodzeniu wnuczki ja też zacznę nowe życie i nie będę opłakiwać mojego byłego męża-zdrajcę. Dobrze jest mieć coś, czym można się zająć i na czym można się oprzeć, a potem zobaczymy, co los przyniesie.
Tak myślałam przygotowując półki w komodzie dla córki, zięcia i wnuka. W końcu wkrótce się do mnie wprowadzą.



