Spędzałem urlop u dziadka na wsi. W pobliżu jego domu jest rzeka, nad którą zawsze spędzałem sporo czasu. Pewnego ranka postanowiłem się w niej wykąpać, ale niestety, woda była za zimna i ta kąpiel skończyła się dla mnie chorobą.
Miałem wysoką gorączkę i suchy kaszel. Myślałem, że płuca wypluję, tak bardzo kaszlałem! Dziadek nie uznaje leczenia „chemią”, więc nie ma żadnych tabletek czy innych leków, on szanuje tylko zielarstwo, leczenie tradycyjnymi metodami i… muchomorami!
– W muchomorach jest siła, a dokładniej w nalewkach z muchomorów! – powiedział mi dziadek.
– To wszystko przecież trucizna! Dałbyś mi jakieś tabletki lepiej, może ktoś z sąsiadów ma? Albo zresztą, sam pojadę do apteki – odpowiedziałem i zacząłem zbierać się do apteki.
– Ty niedowiarku! Spróbuj trochę, od razu Ci się polepszy – zapewnił mnie dziadek.
Spojrzałem na niego spode łba, ale wizja jechania na rowerze 8km do najbliższej apteki wcale nie wydawała mi się kusząca, dlatego wziąłem łyk tej jego nalewki. Już godzinę później miałem bóle kości i ogólnie piekielny ból wszystkiego, myślałem, że zwariuję z bólu! Dlaczego mu zaufałem?! Jaki ze mnie idiota! Musiałem aż wezwać karetkę, bo myślałem, że umrę tam na miejscu.
– Jaka nalewka? Z czego, z muchomora?! – lekarze krzyczeli na dziadka – Pan go prawie zabił!
– Jesteście po prostu mięczakami i tyle! – odpowiedział spokojnie dziadek – Nie wiecie, że naturalnymi sposobami można leczyć lepiej, niż tymi waszymi medykamentami pełnymi chemii. Naszprycowani jesteście samą chemią, to i takie skutki są, że jesteście osłabieni i głupi muchomor Wam straszny!
Nie miałem zamiaru wyzywać dziadka czy przekonywać go do swojej opinii, jak chce, to niech myśli tak dalej. On wciąż te muchomory zbiera, suszy, robi nalewki, czasami nawet smaży. Ja jednak będę te grzyby omijał już do końca życia z daleka.



