Poczułam bóle porodowe. To było lato.
W panice nie mogłam znaleźć swojej spakowanej torby, więc zaczęłam na szybko pakować wszystko, co mogło mi się przydać do plecaka męża. Wzięła moją “szczęśliwą” koszulę i wełnianą czapkę zimową, która także przynosiła mi szczęście.
W stanie prawdziwego oszołomienia, z plecakiem i brzuchem aż do ziemi, jakoś dotarłam do szpitala, bo na szczęście mieszkam w jego pobliżu.
Od razu poprosiłam pielęgniarkę, abym w trakcie porodu mogła mieć na sobie wszystkie ważne dla mnie rzeczy, które mam w plecaku i zaznaczyłam, że to dla mnie niezwykle istotne, bo ona przynoszą mi szczęście. Powiedziałam, że nawet za to zapłacę, ale odpowiedziano mi, że spokojnie, skoro to dla mnie takie ważne, to proszę bardzo.
Zabrali mnie na porodówkę, ale ja już byłam w takim stanie, że nie wiedziałam, co się dzieje. Zobaczyłam, jak pielęgniarka podsuwa mi jakieś rzeczy, ale ja już naprawdę nie wiedziałam, co się dzieje więc zapytałam, co mam robić. Pielęgniarka powiedziała, że to moje szczęśliwe rzeczy. I tak miałam na sobie koszulę, wełnianą czapkę i…łyżwy?!.
W sumie było mi już wszystko jedno, chociaż wiem, że musiałam wzbudzać niemałą sensację wśród ludzi w takim wydaniu. Kto normalny latem zakłada łyżwy czy czapkę?!
Kiedy w końcu dotarłam na porodówkę, jakoś pomogli mi wspiąć się na łóżku. Rozłożyłam nogi w tych łyżwach i czekam, a lekarz pyta, dlaczego łyżwy nie są zabandażowane, przecież podziurawią łóżko! Widać lekarz nie był zdziwiony samym faktem mojego wyglądu i może, skoro są już porody w wodzie czy w innych miejscach, to jakim problemem jest rodzić w łyżwach?!
Przywieźli inną kobietę rodzącą, położyli ją obok na krześle, patrzę – jest bez łyżew, więc zapytałam, dlaczego mnie je założyli, a jej nie, przecież ja chciałam tylko swoją koszulę i czapkę… A to co? Wtedy jednak nagle ocknęłam się z tego porodowego amoku i zrozumiałam, że one po prostu były w plecaku mojego męża, dlatego pielęgniarki mi je ubrały. Stwierdziły, że może chcę afirmować sobie narodziny syna, który będzie hokeistą na lodzie i stąd taka moja dziwna prośba, a one zresztą spełniły moją prośbę i ubrały mnie w to, co było w plecaku.
Urodziłam dziecko w akompaniamencie śmiechu, przez co nie byłam aż tak mocno zestresowana.



