Zranione uczucia

— No cóż, córeczko, zastanowiłaś się? Wczoraj widziałam takiego „Skodę”! Białą, ze skórzaną tapicerką. Piękny samochód. Tylko trzysta tysięcy złotych — głos Haliny Kazimierza brzmiał z udawaną lekkością, ale czuć było w nim subtelny nacisk.

— Mamo… — westchnęła Weronika i zamknęła laptopa. — Już o tym rozmawiałyśmy. Mamy kredyt hipoteczny, Ola ciągle choruje. Skąd mam ci wziąć trzysta tysięcy? Znajdź coś tańszego.

Z sypialni dobiegał dziecięcy śmiech. Krzysztof bawił się z Olą, która uparcie odmawiała założenia skarpetek. Na zegarze było za dwadzieścia ósma. Za dziesięć minut Weronika musiała wyjść do pracy. Ta cała historia z samochodem wróciła w najmniej odpowiednim momencie.

— To weźcie kredyt — spokojnie powiedziała Halina, przysuwając do siebie wazonik z ciasteczkami. — Jesteście młodzi, macie staż, dobre zarobki. Nie proszę na pogrzeb, tylko na coś pożytecznego.

Weronika gwałtownie odwróciła się do matki, zaciskając pięści.

— A płacić czym, mamo? Powietrzem? Słyszysz mnie w ogóle? Mamy już hipotekę.

Halina prychnęła, skrzyżowała ręce na piersi i odwróciła się.

— No tak. Rodzice Krzysztofa mają samochód, a ja jak zawsze na ostatnim miejscu.

Wtedy Weronice puściły nerwy.

— Rodzice Krzysztofa mają samochód, bo sami go kupili. Sprzedali stary, oszczędzali. Nikogo nie prosili. A ty dopiero co zdałaś prawo jazdy, a już „Skoda” za trzysta tysięcy ci się marzy.
— A dlaczego, twoim zdaniem, dopiero teraz zdałam prawo jazdy?! — wybuchnęła Halina. — Bo ciebie wychowywałam, każdą złotówkę na ciebie wydawałam, oszczędzałam na twój pierwszy wkład! A teraz, kiedy wreszcie mogę sobie pozwolić, dostaję kosza.

Weronika spojrzała na Krzysztofa. Pomagał córce zawiązać buty i wyglądał na zmęczonego i zakłopotanego. Jak zwykle nie wtrącał się. Liczył, że same się dogadają. Ale po zaciśniętych ustach było widać, że i jemu już się to wszystko przejadło.

— Mamo, sama mi kiedyś mówiłaś, że boisz się prowadzić. Posłuchaj, nie jesteśmy potworami. Ale nie mamy nieograniczonych środków — w głosie Weroniki gniew zastąpiło zmęczenie. — I tak ci we wszystkim pomagamy. Płacimy za czynsz, leki, prezenty…

Halina złapała się za serce tak teatralnie, jakby właśnie przypomniała sobie o swoim nadciśnieniu.

— O, już wszystko jasne. Teraz będziesz mi wypominać każdą złotówkę?

Weronika głośno westchnęła, jakby wypuszczając parę. W ustach jej zaschło, dłonie spociły się. To nie była pierwsza rozmowa o samochodzie, ale dziś była wyjątkowo ostra. Wszystko się pomieszało: niewyspanie, ciągłe zwolnienia Oli, praca, niezapłacone rachunki w skrzynce.

I wtedy Halina rzuciła coś, co ostatecznie przybiło córkę:

— A jeśli ja będę zajmować się Olą? Kiedy jest chora. Będziesz mogła pracować bez zwolnień, więcej zarabiać. Wtedy spłacimy kredyt.

Weronika zamarła na kilka sekund.

— Czekaj. Czyli z wnuczką jesteś gotowa siedzieć tylko za samochód? Tak po prostu zdrowie ci nie pozwalało, o ile pamiętam. A na widok „Skody” ciśnienie ci spada?
— Nie przesadzaj — burknęła matka. — Po prostu szukam kompromisu. Żeby wszystkim było dobrze.
— Kompromis to gdy obie strony ustępują. A ty tylko stawiasz warunki.

Halina gwałtownie odwróciła się i podeszła do drzwi.

— Dobrze. Wszystko z wami jasne. Radźcie sobie beze mnie. I nie dzwońcie, jak znów będzie wam potrzebna babcia.

Weronika nie pobiegła za matką. Tylko usiadła przy oknie i zamknęła oczy, starając się ogarnąć to, co się stało.

Krzysztof podszedł i położył rękę na jej ramieniu.

— Wszystko dobrze powiedziałaś — szepnął. — Szkoda tylko, że tak wyszło.

W mieszkaniu zapanowała dziwna cisza. Nawet Ola przestała marudzić. Tylko niespokojnie patrzyła na drzwi.

— A babcia odeszła na zawsze? Już do niej nie pójdziemy?

Weronika nie wiedziała. W jej sercu wrzały zmęczenie, złość i dziecięca uraza. Tyle razy pomagali matce po prostu, bo trzeba. A teraz odmawia bycia babcią, dopóki nie kupią jej samochodu.

Minęły dwa miesiące od tej kłótni. W rodzinie wydawało się, że wszystko wróciło do normy. A może raczej pozostało stabilne. Ola chodziła do przedszkola, Weronika pracowała, Krzysztof dorabiał i rzadko bywał w domu. Nikt głośno nie mówił o Halinie, ale była obecna: w pluszakach, które kiedyś przynosiła Oli, w zrobionych przez nią skarpetkach, w przepisie na ich rodzinne ciasto.

I Ola tęskniła. Najpierw cicho, z niepewnością. Potem zaczęła pytać.

— Mamo, a babcia wyjechała?
— Nie, tylko jest… zajęta.
— Zawsze do mnie dzwoniła, jak kaszlałam. A teraz nie. Zapomniała o mnie?

Weronika próbowała się uśmiechać, tłumaczyć, że babcia ma remont, że telefon się zepsuł. Ale w jej głosie brakowało pewności, a w sercu Oli rosła niepewność.

Któregoś wieczoru sytuacja się zaostrzyła. Ola siedziała na kanapie z tabletem, Weronika zmywała naczynia. Zwykły dzień: Krzysztof został w pracy, na kuchence gotowała się zupa, a w skrzynce leżały niezapłacone rachunki.

— Chcę zadzwonić do babci. Można? — nagle cicho zapytała córka, zatrzymując się w drzwiach.

Weronika westchnęła. Wiedziała, jak to się skończy, ale skinęła głową. Niech spróbuje. Może babcia w końcu odbierze.

Dzwonki w słuchawce rozbrzmiewały, aż włączyła się poczta głosowa. Ola wybrała numer jeszcze raz. I jeszcze. Po czwartej pródzie, gdy znów nikt nie odebrał, wybuchła płaczem.

Nie histerycznie, nie na pokaz. Tylko cicho, jak dzieci, które nie rozumieją, co zrobiły źle.

Weronika podeszła, przytuliła ją. Żałowała już tego pomysłu.

— Kochanie, może babcia nie usłyszała? Może śpi.
— Nie śpi — szepnęła Ola. — Już mnie nie kocha. Bo nieWeronika wzięła głęboki oddech, sięgnęła po telefon i wybrała numer, wiedząc, że czas najwyższy naprawić to, co między nimi pękło.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × cztery =

Zranione uczucia