No i słuchaj, co się wydarzyło…
Pewnego wieczoru przed drzwiami stanął dzielnicowy i powiedział:
— Dobry wieczór, państwo. Sąsiadka z dołu zgłosiła hałas i krzyki z waszego mieszkania. Mogę wejść?
— Oczywiście — odparła drżącym głosem Kinga, choć wcale nie bała się policjanta, tylko swojego męża, który właśnie ją pobił. Tym razem za to, że wylała całą wódkę do kibla. Kiedy Krzysztof to zobaczył, wpadł w szał:
— Jestem facetem i mam prawo się zrelaksować po pracy! Ty siedzisz w domu na urlopie macierzyńskim, odpoczywasz, a ja haruję na budowie! Idź i kup mi butelkę!
— Nie pójdę — odrzekła Kinga. — Codziennie jesteś pijany, Jasiek już się ciebie boi. Ma dopiero rok, a już tyle widział! Dość tego picia, Krzysztof!
I znów, przy histerycznym płaczu dziecka, matka dostała lanie. Sąsiadka, pani Bronisława, usłyszała hałas i, jak zwykle w takich sytuacjach, zadzwoniła na policję.
A pani Bronisława to była prawdziwa… postać. Nie żeby sąsiedzi jej nie lubili — oni jej nie cierpieli. Każdemu kiedyś doniosła — niekoniecznie na policję, ale też do administracji, spółdzielni mieszkaniowej, a nawet do opieki społecznej.
— Wie pani, chyba ta matka z piątego piętra wcale nie karmi tego swojego Piotrusia — mówiła do urzędniczki z opieki. — Chudy jak szczapa i chodzi w podartych ciuchach. Trzeba tę rodzinę sprawdzić, bo matka taka uśmiechnięta, pewnie ćpa albo co gorsza.
Urzędniczka obiecała interwencję.
Biedna matka Piotrusia, który akurat był na diecie z powodu nadwagi, dostała szoku, gdy do drzwi zapukała cała komisja. Okazało się, że chłopiec rzeczywiście był pulchny, ale schudł dzięki diecie, dlatego mama się cieszyła. A co do ubrań — Piotruś był żywiołowy, więc spodnie i bluzy szybko się niszczyły.
Pani Bronisława oczywiście o tym nie wiedziała, bo unikała sąsiadów jak ognia.
Starsi mieszkańcy opowiadali, że dawno temu do jej mieszkania włamali się złodzieje. Od tamtej pory przestała ufać ludziom, bo była przekonana, że to sąsiedzi donieśli bandytom, że z mężem wybrali pieniądze na „Malucha”. Mąż bronił dobytku, ciężko go pobili, a potem zmarł. Pani Bronisława nigdy nie doszła do siebie i już nie wyszła za mąż.
Ale młodsi sąsiedzi nie znali tej historii.
— Masz sprzątać po swoim psie, a nie rozrzucać kupy po trawniku! Lepiej to posprzątaj, bo będzie gorzej! — krzyczała na młodego sąsiada, który wyprowadzał psa wieczorem.
— Jak ci się nie podoba, to sama posprzątaj, stara jędzo — odparł.
Duży kundel warknął na kobietę i pociągnął za smycz. Pani Bronisława przestraszyła się, ale w sercu już knuła zemstę.
I tej zemsty doświadczył sąsiad następnego ranka, kiedy w nowych białych adidasach nadepnął na psią kupę pod swoimi drzwiami.
— Do cholery! — wrzasnął i zabrał się za sprzątanie „dzieła” swojego ukochanego Burka.
Pani Bronisława miała szczęście, że nie wiedział, który to dokładnie mieszkaniec klatki spełnił obietnicę. Przeklinając, wyrzucił adidasy do śmietnika.
A za firanką uśmiechała się starsza pani, zadowolona z siebie. Od tamtej pory chodniki przy placu zabaw były czyste. Wieść o „niespodziance” szybko rozeszła się wśród właścicieli psów…
— Więc co tu się dzieje? — dzielnicowy rozejrzał się po pokoju, w którym Jaś beczał w łóżeczku.
— Nic — burknął Krzysztof. — Oglądałem mecz i za głośno komentowałem. Bo co, nie umieją nawet kopnąć piłki, ślimaki!
Kinga wystraszonym wzrokiem spojrzała na męża. Wiedziała, że musi potwierdzić jego kłamstwo, bo będzie jeszcze gorzej. Policjant spojrzał na nią pytająco. Zrozumiał, o co chodzi, ale bez jej zeznań nic nie mógł zrobić.
— Tak, to przez telewizor — potwierdziła kłamstwo Kinga. — Przepraszam.
Dzielnicowy westchnął: jak zwykle, najpierw bronią swoich oprawców, a potem może być za późno.
— Dobra, piszę upomnienie, ale następnym razem będzie mandat — powiedział. — I nie przede mną musicie się tłumaczyć, tylko przed sąsiadką. Bardzo czujna z niej kobieta, rzadko się trafiają tacy ludzie. Zawsze dzwoni, jak coś się dzieje, już wszystkich funkcjonariuszy rozpoznaje po głosie.
— No tak — mruknął Krzysztof, tłumiąc irytację.
Policjant rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, pokiwał znacząco głową w stronę Kingi i wyszedł.
— Następnym razem skończę z tobą po cichu, nawet nie pisniesz — warknął Krzysztof, gdy drzwi się zamknęły.
A Kinga stała z synkiem na rękach, przeklinając dzień, w którym zgodziła się wyjść za Krzysztofa.
— On nie jest dla ciebie, Kinga — mówiły koleżanki. — Jesteś dobra i radosna, a on niby się uśmiecha, ale ma straszne oczy. Nie wiąż się z nim.
— Drogie, wy go po prostu nie znacie tak jak ja. On mnie kocha — odpowiadała Kinga, przewracając oczami. — Krzysztof jest silny i odważny, kiedyś mnie obronił.
I tak Kinga wyszła za mąż za Krzysztofa, który szybko pokazał swoje prawdziwe oblicze: zazdrościł kolegom z pracy, urządzał awantury bez zahamowań. A Kinga uważała to za wielką miłość, myląc ją z okrucieństwem i zaborczością. Teraz Krzysztof zazdrościł jej nawet latarniom i krytykował każdy krok, ciesząc się, gdy Kinga czuła się winna bez powodu.
— To ma być wyprasowana koszula? Masz ręce z tyłka? — wrzeszczał.
— Starałam się, nawet nie zdążyłam zjeść. Jasiek ząbkuje, cały dzień przy nim — tłumaczyła, licząc na zrozumienie.
Ale zrozumienie nie było mocną stroną Krzysztofa. Oskarżał: zupa za gorąca, kotlety niesmaczne, ona złą matką, bo dziecko płacze.
— Obudziłeś go swoim krzykiem, dlatego płacze — broniła się Kinga. — Chyba się przeziębiłam.
— Nic ci nie będzie — odparł obojętnie. — Baby kiedyś w polu rodziły i potem dalej kosiły. ADwa tygodnie później Kinga wróciła do pracy, Jaś znalazł miejsce w żłobku, a pani Bronisława, ku zaskoczeniu wszystkich, stała się dla nich najbliższą rodziną.



