Zrzędliwa staruszka
Agnieszka wysiadła z taksówki i czekała, aż z auta wygramoli się mała Zosia.
– Dziękuję – podziękowała taksówkarzowi, złapała córeczkę za rękę i wolno ruszyły w stronę klatki schodowej. Przy niskim ganku na ławce siedziały dwie starsze panie.
– Dzień dobry – przywitała się Agnieszka.
– Dzień dobry – odpowiedziała jedna z kobiet. – Do kogo to takie piękności idą w odwiedziny?
Agnieszka tylko się uśmiechnęła. Otworzyła kluczem zamek szyfrowy i weszła do klatki z córką. Ledwie drzwi zatrzasnęły się za nimi, gdy jedna z kobiet powiedziała dość głośno, że pół godziny temu widziała, jak dwóch młodych mężczyzn wnosiło do klatki jakieś kartony i worki.
– Nowi lokatorzy wprowadzają się do mieszkania nad tobą, to te które wynajmują Kowalscy. Więc trzymaj się, Marysiu, bezsenne noce masz zagwarantowane – odparła druga kobieta.
– Na niewłaściwą trafiłeś. Niech tylko spróbują hałasować. Od razu powiadomię opiekę społeczną, niech się tym zajmą…
Reszty Agnieszka już nie słuchała. Podeszła do windy, stała akurat na parterze, i razem z Zosią wjechały na piąte piętro.
Drzwi do mieszkania były uchylone. Mężczyźni siedzieli w kuchni i pili herbatę.
– O, Agnieszka przyjechała. A my tymczasem herbatę zaparzyliśmy. Przepraszam, trochę się rozgościliśmy.
Agnieszka sięgnęła do torby po portfel.
– Ola, obrażasz. Pomogłem ci jak przyjaciel. Może na próżno odeszłaś od Borysa? Pogodzilibyście się. Nie pracujesz, z czego będziecie żyć z córką? – Mówiący mrugnął do Zosi, a ta się uśmiechnęła.
– Jakoś sobie poradzimy. Złożę pozew o rozwód, będą alimenty, zasiłek macierzyński. Nie wrócę do Borysa. Możesz mu tak przekazać.
– Dobrze. Ale jak coś, dzwoń, jeśli będę mógł, pomogę. No, urządzaj się, a my pójdziemy – powiedział Krzysztof.
Mężczyźni wyszli. Agnieszka spojrzała na kartony pośrodku pokoju i westchnęła.
– No to co, pomożesz mamie rozpakować rzeczy?
– Nie. Pobawię się – odparła Zosia.
– Dobrze. Tylko nie krzycz i nie hałasuj, bo nas stąd wyrzucą – upomniała córkę.
Dziewczynka zrozumiałym kiwnięciem głowy potwierdziła.
Agnieszka otworzyła karton z zabawkami, a Zosia od tego wyjęła pluszowego misia. Agnieszka zaś otworzyła szafę i zaczęła układać na półkach rzeczy z worków.
Mieszkanie było jednopokojowe, niewielkie. Ale gdzie im więcej? Meble porządne, remont zrobiony, czysto. Nic specjalnego. Jeśli nie kupować zbędnych rzeczy, oszczędzać, dadzą radę.
Potem Agnieszka ugotowała makaron i parówki, przywiezione ze sobą. Umyła podłogę i położyła Zosię spać, rozkładając kanapę. Oczy same się jej zamykały, ale Zosia nie chciała zasnąć bez bajki. Trzeba było czytać. Gdy w końcu Zosia zasnęła, Agnieszka opadła na poduszkę i zamknęła oczy. I od razu przypomniały jej się słowa męża:
„Przyjdziesz jeszcze do mnie na kolanach, błagając, a ja się zastanowię, czy cię przyjąć z powrotem…” Łzy napłynęły do oczu, a sen odleciał.
Agnieszka wstała i poszła do kuchni. Nie włączała światła, stała przy oknie i patrzyła na nieznany widok za szybą, na zapadający zmierzch…
***
Poznali się z Borysem na przystanku. Podszedł do niej i zapytał, którym autobusem można dojechać na ulicę Sienkiewicza.
Agnieszka pomyślała i wymieniła numery autobusów. Wtedy Borys spytał, dokąd jedzie ona.
Na przystanek podjechał jej autobus i Agnieszka szybko do niego wsiadła.
– Przepraszam, po prostu nie wiedziałem, jak się z panią zaznajomić – usłyszała. Mężczyzna stał obok i uśmiechał się. I ona też się uśmiechnęła w odpowiedzi.
Tak się poznali. Serce Agnieszki było wolne, a wesoły i sympatyczny Borys szybko je zdobył. Mieszkała na wynajmowanym mieszkaniu z koleżanką. Poznały się jeszcze na studiach, po ich zakończeniu razem znalazły pracę. Wynajmowanie mieszkania we dwójkę było tańsze.
A Borys miał swoje małe mieszkanie. Namówił Agnieszkę, by do niego się wprowadziła. Mama Agnieszki była surowa, uczyła córkę, że powinna mieć rodzinę, że dzieci powinny rodzić się w małżeństwie. Dlatego, gdy dzwoniła mama, Agnieszka kłamała, że nadal mieszka z koleżanką.
Minął drugi rok, jak żyli razem, a Borys wciąż nie oświadczył się. O dzieciach nie wspominał. Agnieszka nie wiedziała, jak powiedzieć, że jest w ciąży.
– Trzeba pomyśleć o większym mieszkaniu – powiedziała pewnego dnia.
– Po co? – nie zrozumiał Borys.
– Bo wkrótce będzie nas troje.
– Co, jesteś w ciąży? I kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć? – wściekł się Borys.
– Właśnie mówię. Przepraszam, że nie powiedziałam wcześniej, nie byłam pewna. Agnieszka starała się nie rozpłakać, widząc reakcję Borysa.
– Myślałem, że się zabezpieczasz.
– Żeby żyć dla siebie i urodzić kiedyś tam później? Nigdy nie pozbyłabym się dziecka. Z tobą czy bez ciebie, ale urodzę je – odparła zapalczywie Agnieszka.
– No dobra. Po prostu niespodziewanie…
Pogodzili się i postanowili oszczędzać na wkład własny do kredytu mieszkaniowego. Pewnego dnia Agnieszka stała na balkonie i czekała na męża. Spóźniał się z pracy. Pod klatkę podjechał samochód. Otworzyły się drzwi i wyszedł Borys.
– Widziałam cię z balkonu. Czyj to samochód? – spytała Agnieszka, wychodząc mu naprzeciw.
– Mój. Nasz. Piękny, prawda? – Borys promieniał zadowoleniem.
– Jak to twój? Skąd?
– Kupiłem. I tak nie starczy na wkład własny. Mieszkanie może poczekać, ale ja będę woził ciebie i nasze dziecko samochodem. Nie będziecie musiały tłoczyć się w dusznym autobusie.
– To też moje pieniądze, a ty nawet ze mną nie porozmawiałeśOd tej pory Agnieszka i Maria Semyonovna stały się sobie jak rodziną, a Zosia znalazła w starej sąsiadce prawdziwą babcię, która nareszcie miała kogo kochać.



