Zbudować szczęśliwe życie osobiste

„Ułożyć życie osobiste”

„Mamo, dlaczego się tak denerwujesz? Marcin powiedział, że mnie kocha. Wyjdziemy za mąż, mamo” — mówiła spokojnie Kinga, jakby nigdy nie była pewniejsza.

„Jak tu się nie martwić? Jesteś w ciąży, nie jesteś zamężna, jeszcze nie skończyłaś studiów, a tego twojego chłopaka nawet na oczy nie widziałam! Myślisz, że dziecko to zabawka? Niech ten twój Marcin natychmiast się tu stawi i spojrzy mi w oczy, żebym usłyszała, jak bierze odpowiedzialność!”

„Nie krzycz tak, myślałam, że ucieszysz się na wnuka. Zaraz przyprowadzę Marcina, wraca z pracy, mam klucz do jego pokoju w akademiku. Lepiej tam zaczekam, bo jesteś jakaś nerwowa” — odparła urażona Kinga i wybiegła z domu, machając lekko torebką.

Elżbieta Stanisławówna złapała się za serce, opadła ciężko na stołek i spojrzała na portret męża.

„Oto, co znaczy wychować córkę bez ojca!” — powiedziała do portretu. — „Oj, Leszku, czemu tak wcześnie nas zostawiłeś? Nie ustrzegłam naszej Kingi, wyrosła na zbyt szybko. A co, jeśli ten chłopak ją porzuci? Jak będziemy żyć? Zarabiam grosze, kto teraz zatrudni Kingę w ciąży? Do końca studiów jeszcze pół roku. O, jaka bieda!”

Elżbieta Stanisławówna wtuliła twarz w fartuch i zapłakała. Cały ciężar życia spadł na jej barki, gdy była jeszcze młoda. Mąż zginął w tartaku, gdy córka miała zaledwie dwa lata. Mieszkały na przedmieściach. Tylko jedna przyjaciółka i sąsiedzi wiedzieli, jak ciężko jej wtedy było. Najlepsze kąski oddawała córce, a do tego ciągnęła całe gospodarstwo. A teraz, gdy życie wreszcie się ułożyło, własna córka zgotowała jej taki prezent.

„Dobrze, trzeba przygotować ciasto na pierogi, w końcu zięć przyjdzie. Ech, Kinga, Kinga…”

Gdy stół był już nakryty, Elżbieta Stanisławówna przebrała się w odświętniejszą sukienkę i zaczęła drzeć skarpetki, by zabić nerwowe oczekiwanie.

W końcu w sieni stuknęły drzwi — w domu pojawiła się Kinga. Matka zajrzała za jej plecy, ale nikogo nie zobaczyła.

„A gdzie zięć? Zostawiłaś go za progiem?”

„Był, ale się ulotnił” — szlochała Kinga. — „Mnie zostawił.”

„Jak to?” — Elżbieta Stanisławówna osunęła się na krzesło.

„Tak właśnie! Zwolnił się z pracy, spakował rzeczy i wyjechał. Tak powiedziałem administrator akademika…”

Kinga była załamana, w oczach miała łzy. Nie planowała zostać samotną matką.

„Co mam teraz zrobić, mamo?”

Elżbieta Stanisławówna chciała powiedzieć, że ostrzegała, ale się powstrzymała. Matczyne serce to nie kamień.

„Rodzić, co innego. Samo się nie rozwiąże. Kiedy się spodziewać?”

„W lipcu, akurat zdążę z dyplomem” — westchnęła Kinga, gładząc brzuch.

Kinga urodziła punktualnie. Była to dziewczynka, którą nazwała Ola. I tak zamieszkały we trójkę, jak trzy topole na Bródnie.

Dziewczynka rosła zdrowa i wesoła, patrząc na świat bystrymi oczkami. Elżbieta Stanisławówna nie mogła się jej nachwalić, ale matka traktowała Olę z pewnym chłodem. Ola, niestety, przypominała oszusta Marcina — ta sama ruda czupryna, kręcone włosy i wielkie zielone oczy.

„Mama idzie!” — sześcioletnia Ola, zauważywszy Kingę przez okno, biegła do drzwi, by się przytulić.

„A co mi przyniosłaś?” — Dziewczynka zawisła na ręce matki, ufnie patrząc jej w twarz.

„Nic” — mruknęła zmęczona Kinga.

„A dlaczego? Chcę loda! Obiecałaś wczoraj!”

„Zostaw mnie! Jestem zmęczona!” — Kinga zrzuciła Olę z kolan i poszła do sypialni.

Ola stanęła na środku pokoju i rozpłakała się. Tak bardzo czekała na matkę, licząc na czułość, a ta ją odtrąciła. A w przedszkolu kazali narysować rodzinę. Ola narysowała trzy osoby: siebie, mamę i babcię. Koledzy się śmiali, że jest „bez taty”, bo nie ma ojca.

Elżbieta Stanisławówna rzuciła się, by pocieszyć wnuczkę, ale fala żalu przytłoczyła dziewczynkę histerią.

„Tato, gdzie mój tato? Dlaczego mama jest zła?” — krzyczała Ola, zanosząc się płaczem.

Elżbieta Stanisławówna tylko przytuliła wnuczkę mocniej.

„Nie wszyscy mają tatę, skarbie. Poradzimy sobie. Zostanie nam więcej pierogów. Ubieraj się, idziemy po loda.”

Usłyszawszy magiczne słowo „lód”, Ola zaczęła się uspokajać.

„I dla mamy też kupimy?”

„I dla mamy.”

W domu Elżbiety Stanisławówny Dzień Kobiet zawsze obchodzono hucznie. W końcu mieszkały tam same kobiety. Stół uginał się od jedzenia, Kinga zapraszała przyjaciółki, a wszyscy obdarowywali się prezentami. Ale tym razem Kinga przyprowadziła nie koleżanki, ale mężczyznę. I nie uprzedziła matki.

W drzwiach stanął stateczny mężczyzna w drogim garniturze, znacznie starszy od Kingi.

„Mamo, poznaj, to Robert. Pracujemy razem, on jest moim szefem. Wkrótce dostanie awans i przenosiny do innego miasta. Pobierzemy się.”

„Co?” — Elżbieta Stanisławówna zdrętwiała.

„Ojej! To mój tata?” — Ola, która wyjrzała z pokoju i wszystko słyszała, była tak podekscytowana, że zapomniała się przywitać.

„Nie, dziewczynko, ja nie jestem twoim tatą” — uśmiechnął się Robert. — „Masz, przyniosłem ci lalkę.”

Ola odwróciła się i nie wzięła zabawki z jego rąk. Ten człowiek jakoś jej się nie spodobał.

Wieczór mijał ospale. Robert nie starał się przypodobać rodzinie Kingi, a ona wychodziła ze skóry, by zadowolić przyszłego męża, jednocześnie besztając córkę.

„Siedz prosto! Co sobie o nas pomyśli wujek Robert? Nie wierć się!” — Kinga rzucała uwagi i rzucała złowrogie spojrzenia.

Elżbieta Stanisławówna milczała, czując się nieswojo. Robert za to rozkoszował się swoją wyższością nad biedakami, jakimi uważał obecnych przy stole. Całą swoją postawą dawał do zrozumienia, że robi im łaskę. Ola prawie nie jKiedy Ola zamknęła drzwi za nimi, wiedząc, że jej prawdziwe szczęście zawsze było tutaj, obok babci, która nigdy jej nie zawiodła.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sześć − 5 =

Zbudować szczęśliwe życie osobiste