Wojtek, wyciągnąłeś już tę odświętną zastawę? Tę z pozłacaną krawędzią, nie codzienną. I sprawdź, proszę, serwetki usztywniałam je krochmalem, mają stać jak w restauracji szumiała w kuchni Marlena, poprawiając kosmyk, który uciekł z upięcia. Z piekarnika dochodził zapach pieczonej kaczki z jabłkami, na kuchni pyrkotały warzywa do gorącej przystawki, a lodówka pełna była sałatek, które siekała pół nocy.
Wojciech, mąż Marleny, posłusznie wspiął się na taboret.
Marlena, po co ten cały cyrk? Przecież tylko nasi przyjdą. Szczepan, mama, ciocia Wanda. Im to i byle w misce podać, byle kieliszek był nalany mruknął, wyciągając pudełko z porcelaną z Ćmielowa.
Nie narzekaj. To nasza rocznica, piętnaście lat, kryształowe gody. Chcę, żeby wszystko było idealnie. Poza tym, znasz swojego brata. Jak dam zwykły talerz powie, że zbiednieliśmy. Jak dam z pęknięciem nazwie nas syfiarzami. Przynajmniej raz niech nie ma powodu do swoich głupich żartów.
Wojciech westchnął, schodząc z taboretu. Wiedział, że żona ma rację. Jego starszy brat Szczepan, delikatnie mówiąc, należał do trudniejszych ludzi. A mówiąc szczerze, jak mawiała Marlena podczas zwierzeń z przyjaciółkami, Szczepan był klasycznym chamem i uważał, że jego brak obycia to zaleta prostego chłopa z jajami.
Tylko, błagam, nie reaguj na niego dziś poprosił Wojciech, wycierając talerze ściereczką. Ma gorszy okres, zwolnili go z pracy, żona od niego uciekła. Jest wściekły jak osa.
Wojtek, on ma gorszy okres już od czterdziestu lat. A żona go zostawiła, bo instynkt samozachowawczy jej zadziałał rzuciła Marlena, próbując sos. Zniosę tyle, ile wytrzymam. Jeśli znów zacznie żartować z mojej figury albo twojej pensji, nie ręczę za siebie.
Dzwonek odezwał się punktualnie o siedemnastej. Pierwsza pojawiła się teściowa, Krystyna, kobieta cicha i wielbiąca swoich synów, zwłaszcza starszego, niesfornego. Zaraz za nią przyszła ciocia Wanda z mężem. Szczepan, jak zwykle, spóźnił się czterdzieści minut, gdy wszyscy już siedzieli przy stole i z niecierpliwością patrzyli na stygnące zakąski.
Wpadł do przedpokoju hałaśliwy, pachnąc mocnym papierosem i zimnym powietrzem.
No i jestem! Nie czekaliście, a tu proszę, zjawiam się! ryknął, wypełniając mieszkanie swoim śmiechem. No, Wojtek, pewnieś myślał, że prezentu nie przyniosłem? Łap!
Wcisnął bratu coś zawiniętego w gazetę.
A to co? zdziwił się Wojciech.
Narzędzia! Zestaw śrubokrętów z Lidla. Przyda ci się, bo dwie lewe ręce masz, zawsze młotka szukasz.
Marlena, wychodząc na powitanie, przywołała uprzejmy uśmiech.
Cześć, Szczepan. Idź ręce umyć. Już się nie mogliśmy doczekać.
Szczepan zmierzył ją wzrokiem, od którego przechodziły ciarki.
O, Marlenka! A cóż to za strój? Nowa sukienka? Świeci się jak papier po krówce. Chyba żeby odwrócić uwagę od zmarszczek? Żartuję! Dobrze wyglądasz masz kobiece kształty.
Wojciech zakasłał, chcąc rozładować atmosferę:
Szczepan, siadaj do stołu. Kaczka stygnie.
Szczepan, niewiele sobie robiąc, natychmiast przejął inicjatywę. Nalał sobie wódki po brzegi, nawet nie czekając na toast, i chwyciwszy śledzia, zaczął tyradę.
No to za wasz jubileusz! Piętnaście lat! Jak wy się jeszcze nie pozabijaliście? Ja ze swoją Jadwigą pięć lat wytrzymałem i ledwo nie wylądowałem na sznurze. Baby, to pijawki, ciągle tylko ciągną kasę. Wojtek, tobie się jeszcze udało, twoja chociaż gotuje jadalnie. Choć… pogryzł śledzia i skrzywił się Słone trochę. Marlenko, możeś się zakochała, czy ręka ci się trzęsie od starości?
Krystyna, teściowa, uspokajająco się uśmiechnęła:
Szepciu, co ty gadasz. Marlena świetnie gotuje. Spróbuj sałatki z ozorem, bardzo delikatna.
Z ozorem? Dobrze. Marlena zawsze dużo gada, przyda jej się ozór. Ale, mama, nie broń jej. Krytyka się przydaje. Ja zawsze szczery, wszyscy mnie za to szanują.
Marlena, ustawiając dania, czuła, jak narasta w niej złość. Spojrzała na męża. Wojtek, wpatrzony w talerz, robił wszystko, by nie wdawać się w konflikt. Bał się brata. Bał się awantury. Bał się zepsuć wieczór.
Dobrze, to tylko jeden wieczór. Dla Wojtka, dla mamy zacisnęła w myślach zęby Marlena.
Szczepan, jak tam z pracą? Mówiłeś, że miałeś rozmowę kwalifikacyjną.
Szczepan zbył ją machnięciem ręki, nalewając sobie kolejną setkę.
E, nie pytaj. Wszędzie gamonie. Przyszedłem, a tam młokos dwadzieścia parę lat wypytuje mnie o obsługę komputera. Mówię mu: Synku, ja pracowałem, gdyś się w pieluchy załatwiał. A on na to, że nie jestem odpowiedni. Może sam biznes założę, tylko kasy potrzeba A propos, Wojtek, pożyczysz mi pięć stówek do następnego miesiąca? Muszę rurę wymienić.
Marlena stanęła z sałatką w rękach.
Szczepan, nawet tych dziesięciu tysięcy, które pożyczyłeś pół roku temu na naprawę auta, nie oddałeś przypomniała spokojnie.
Szczepan się zaczerwienił, zaraz jednak zaatakował:
O, widzę księgowość włączyła! Uważaj Wojtek, jak cię pilnuje! Ja proszę brata, nie ciebie. Co jesteś taki pod pantoflem, że bratu nie pomożesz?
Wojtek spojrzał z poczuciem winy na żonę, potem na brata.
Szczepan, naprawdę u nas teraz krucho z pieniędzmi. Ledwo spłaciliśmy kredyt, jeszcze ten obiad
Widzę ten wasz obiad! przerwał Szczepan, szturchając widelcem w stronę kaczki Rozpasujecie się! Kawior, ryba. Paniska! A bratu na bułkę żal. Oto i twoja prawdziwa twarz, Marlenko. Dusigrosz! Wszystko zagarniesz, rodziny nie masz w sercu.
Szepciu, uspokój się próbowała uspokoić Krystyna, kładąc mu na talerz pieróg. Jedz, Marlena się starała.
Starała? Wiem, przed szefem się też chyba stara? Szczepan porozumiewawczo mrugnął do brata, aż Marlenie z zimna ścisnęło gardło. Słyszałem, że cię awansowali? Zastępcą kierownika zostałaś? Ciekawe, za co? Za ładne oczy czy za nadgodziny?
Wszyscy przy stole zamilkli. nawet ciocia Wanda przestała chrupać.
Szczepan, o czym ty gadasz? zapytał cicho Wojtek.
Mówię prawdę, o której nikomu się nie chce mówić! Ty, Wojtek, harujesz za marne grosze, a twoja żona robi karierę. Myślisz, że cię kocha? Ona żyje z tobą z litości! Takiś wygodny podaj, zrób! Zobacz na siebie jesteś mięczakiem!
Zamknij się głos Marleny zabrzmiał dziwnie spokojnie, choć ręce jej drżały. Delikatnie odstawiła sałatkę.
O, odezwała się dowódczyni! prychnął Szczepan Co, zabolało? Zawsze się zastanawiałem, co Wojtek w tobie zobaczył. Ani urody, ani figury, charakter uparty. Moja Jadwiga to była. Piękna kobieta! A ty szara myszka, która myśli, że jest królową, bo męża zdominowała.
Marlena popatrzyła na męża. Czekała. Chciała, żeby się odezwał, obronił ją, wyrzucił brata. Ale Wojciech znowu zamilkł, ściskał widelec tak mocno, że zesztywniały mu knykcie. Tak bardzo bał się zwyczajów, które Szczepan wprowadzał od dzieciństwa.
No trudno, skoro nie ty, to ja pomyślała.
Wstała spokojnie, poprawiła sukienkę i chłodnym, lodowatym tonem powiedziała:
Wstań i wyjdź.
Szczepan zadławił się śmiechem.
Co? Chyba ci się w głowie poprzewracało!
Powiedziałam: wyjdź z mojego mieszkania. Natychmiast.
To jest też mieszkanie mojego brata! wrzasnął Szczepan. Wojtek, słyszysz to? Ona mnie wyrzuca! Powiedz jej coś!
Wojciech podniósł wzrok. W jego oczach była męka. Spojrzał na żonę, na jej blada, zdeterminowaną twarz i zrozumiał, że jeśli teraz nie zabierze głosu, to za godzinę jego małżeństwo przestanie istnieć. Kryształowa rocznica zmieni się w kupę gruzu.
Szczepan powiedział zachrypniętym głosem Wyjdź.
Szczepan osłupiał. Oczekiwał płaczu, usprawiedliwień, awantury nie tego.
Zwariowaliście? Mamo, widzisz to? Rodzinę wyganiają! Przez żart!
To nie był żart, Szczepan Marlena obeszła stół i wskazała ręką drzwi Obraziłeś mnie, upokorzyłeś brata w jego własnym domu, przy jego stole. Jesz moje jedzenie, pijesz nasze wino, a potem obrzucasz nas błotem. Mam dość. Piętnaście lat znosiłam twoje zachowanie dla świętego spokoju. Ale spokoju i tak nie ma. Tylko twoje chamstwo i nasza cierpliwość. Skończone. Wynoś się.
A idźcie! Szczepan zerwał się z krzesła, przewracając kieliszek. Plama czerwonego wina rozlała się po białym obrusie jak rana. Żeby was! Siedźcie sami ze swoimi sałatkami! Sztuczne towarzystwo! Moja noga tu nie postanie!
Oby tak było rzuciła Marlena I pieniędzy też ci nie pożyczymy. Ani dziś, ani nigdy. Znajdź pracę, biznesmenie.
Szczepan aż poczerwieniał. Chwycił niedopitą butelkę wódki (Niech się nie zmarnuje pomyślała Marlena), wsadził pod pachę i tupiąc, wyszedł do przedpokoju.
Wojtek, jeszcze pożałujesz! krzyknął od drzwi Wybrałeś babę zamiast brata! Pantoflarz! Psiakrew!
Trzasnął drzwiami tak mocno, że aż w kredensie zadźwięczały kieliszki.
Zapanowała głucha cisza. Słychać było tylko tykanie zegara i ciężki oddech Krystyny, która siedziała z chusteczką przy ustach i płakała.
Marlenko szepnęła drżącym głosem Po co tak ostro? On nie jest zły tylko niepohamowany, wypił za dużo
Marlena spojrzała na teściową. Jej spokój zaczynał się kruszyć, ale trzymała się.
Pani Krystyno powiedziała łagodnie, lecz stanowczo Niepohamowany to ktoś, kto głośno się śmieje. Ale ktoś, kto publicznie upokarza kobietę i wyzywa własnego brata, to zwykły drań. Nie pozwolę dłużej robić z mojego domu śmietnika dla jego słów. Jeśli chcecie go żałować, proszę bardzo ale nie u mnie przy stole.
Teściowa rozpłakała się bez słowa. Ciocia Wanda, praktyczna kobieta, nagle załomotała widelcem o talerz.
Ale ta kaczka, Marlenko, naprawdę wyśmienita! oznajmiła głośno. Rozpływa się w ustach. A poza tym, dobrze zrobiłaś! Już na waszym weselu zdeptał mi buty i nawet nie przeprosił. Wojtek, nalej mi winnego, bo mam stres.
Wszystko się trochę rozluźniło. Wojciech, jakby ocknął się ze snu, chwycił za wino. Ręce mu się trzęsły, ale spojrzał na żonę z wdzięcznością i co ważniejsze z szacunkiem, który Marlena dawno już przestała widzieć w jego oczach.
Przepraszam cię wyszeptał jej, nalewając soplicę do jej kieliszka Głupi jestem. Powinienem był sam to zrobić.
Już dobrze Marlena uśmiechnęła się słabo Ważne, że jesteśmy razem. I że go tu nie ma.
Reszta wieczoru minęła zadziwiająco miło. Bez Szczepana powietrze jakby się oczyściło. Goście rozluźnieni, śmiali się, wspominali zabawne sytuacje z życia. Krystyna najpierw siedziała naburmuszona, ale po dwóch kieliszkach nalewki i kawałku Napoleona rozkleiła się, a nawet nuciła wraz z ciocią Wandą biesiadną piosenkę.
Gdy wszyscy poszli, Marlena i Wojciech zostali w kuchni wśród sterty talerzy. Marlena usiadła zmęczona przy stole, patrząc na plamę po winie na obrusie.
Obrus pewnie nie zejdzie westchnęła Szkoda, prezent od mamy.
Wojciech objął ją od tyłu.
Marlena, niech się schowa obrus. Kupimy nowy, albo i dziesięć nowych. Dziś byłaś po prostu niesamowita. Całe życie pozwalałem mu zatruwać ci życie, bo tak mnie wychowali. Mama zawsze powtarzała: Ustąp Szczepanowi, on ma trudny charakter. No to ustępowałem.
Wiem, Wojtek. Ciężko jest łamać przyzwyczajenia. Ale jesteśmy rodziną. Kryształową. Delikatną, ale piękną. I nie pozwolę, żeby jakiś cham z zestawem śrubokrętów z Lidla rozbił to jak szkło.
Zaśmiali się nerwowo i dopiero teraz napięcie z całego dnia puszczało.
A propos śrubokrętów Wojciech podniósł z parapetu zapomniany prezent od brata Wiesz, co najśmieszniejsze? Mam identyczny zestaw. On mi go już darował na święta trzy lata temu. Pewnie wtedy zabrał, a teraz oddał jak nowy.
No popatrz Marlena uśmiechnęła się Przynajmniej jest konsekwentny.
Następnego dnia telefon Wojciecha dzwonił do upadłego. Szczepan. Wojciech patrzył dłuższą chwilę na wyświetlacz, potem spojrzał na Marlenę, która spokojnie piła kawę i czytała książkę. Ściszył dźwięk i odłożył telefon ekranem do dołu.
Nie odbierzesz? zapytała.
Nie. Niech ochłonie. Może wcale nie odbiorę. Podoba mi się ta cisza po wczorajszym wieczorze.
Mama będzie się martwić zauważyła Marlena.
Poradzi sobie. Dobrze jej zrozumieć, że ja również mam głos. Właściwie, my mamy. Jesteśmy przecież drużyną?
Drużyną przytaknęła Marlena Drużyną miłośników ciszy i kaczki z jabłkami.
Po tygodniu Marlena usłyszała od teściowej, że Szczepan opowiada po rodzinie, jak został wyrzucony przez wariatkę, a biedny brat musiał się chować pod stołem. Rodzina kiwała głowami, wzdychała, ale jakoś nagle wszyscy coraz chętniej przychodzili do Marleny i Wojciecha w odwiedziny, a przy stole zachowywali wzorową kulturę. Chyba fama, że w tym domu chamstwo się nie uchowa, zadziałała lepiej niż alarm.
A obrus, swoją drogą, odplamił się. Marlena poradziła sobie po babcinemu solą i wrzątkiem. Zresztą, jak i ze Szczepanem trochę wysiłku, trochę pieczenia w środku, a potem spokój i czystość.
Bo czasem, by naprawdę zadbać o bliskich i siebie, trzeba w końcu przestać być cierpliwym i po prostu powiedzieć: dość. Szacunek do siebie jest jak kryształ nie można pozwolić mu pęknąć.


