Choć raz chciałam być w domu z mężem na święta, w ciszy i spokoju. Gotować tylko dla nas dwojga, a nie stać cały dzień w kuchni. Nie wyglądało na to, żeby mu to przeszkadzało. Dzieci i wnuki zostały wcześniej uprzedzone, że spotkamy się za jakiś czas.
Kupiłam pierniki, ciastka kokosowe i kurczaka, które wystarczyłyby dla nas dwojga, a jeszcze więcej zostało.
Ale nie, mój mąż musiał wszystko zepsuć!
Kiedy wróciłam z targu, usłyszałam dziwny hałas w drzwiach. Nie chciałam wierzyć, że pochodzi z mojego mieszkania, ale kiedy otworzyłam drzwi, a dzieci krzyknęły „Niespodzianka!”, a potem na zmianę całowały mnie w policzki, skacząc po dywanach w wielkich kapciach, byłam strasznie zdenerwowana.
W takim właśnie nastroju się jest, gdy nie chce się mieć głośnego towarzystwa i choć nie mam prawa okazywać, że nie cieszę się z wizyty dzieci i wnuków, to o mało nie przygwoździłam męża. A on uśmiechał się szeroko swoimi protezami, udowadniając, że zrozumiał moją aluzję i sam wszystko zorganizował, a ja nie muszę gotować ani o nic się martwić… Muszę tylko znosić hałas, zmywać wszystkie naczynia po imprezie, sprzątać mieszkanie i cieszyć się ogromną liczbą krewnych, którzy nawet nie mają gdzie przenocować…
Czy lubicie takie niespodzianki?



