Siedem Zim Franka z Działek

Zaczęło się od tego, że Waldek z naprzeciwka powiedział, że ten kot i tak zdechnie, zanim go oswoję. Powiedział to w sobotę, stojąc przy skrzynkach na listy, i splunął przy tym na chodnik. Nie lubię Waldka. Od tamtej soboty jeszcze bardziej.

Kot pojawił się na działkach w listopadzie. Chudy tak, że widać było, jak łopatki chodzą mu pod skórą przy każdym kroku. Bure cielsko, jedno ucho naderwane, ogon jak postrzępiony sznurek. Kiedy pierwszy raz postawiłam miskę przy starej szklarni po pomidorach, nie podszedł. Siedział przy płocie i patrzył, jakbym chciała mu coś zabrać. Jadł dopiero wtedy, gdy zamknęłam drzwi domu i zgasiłam światło na ganku.

Nazwałam go Franek. Nie wiem czemu. Samo przyszło, jak wyjmowałam z torebki karmę, a on mrużył ślepia między deskami płotu.

Mój mąż, Marek, najpierw się śmiał. Potem przestał się śmiać, bo w styczniu przywiozłam na działki styropianowe płyty i koc termiczny, i zaczęliśmy zbijać budę. Marek wiercił, ja trzymałam deski, a z boku stał termos z kawą z mlekiem. Pamiętam, że miałam zgrabiałe palce, że śnieg wpadał mi do rękawów i że Franek siedział piętnaście metrów dalej, na parapecie zbutwiałej altanki, i obserwował nas bez mrugnięcia.

— On ci tego nigdy nie podziękuje — powiedział Marek, przybijając papę.

— Wiem — powiedziałam.

— I po co ci to?

Bo w grudniu nie mogłam spać, pomyślałam. Ale nie powiedziałam tego na głos.

Właściwie to zaczęło się od tamtej kotki. Była siostrą Franka, chudszą od niego, z brzuchem napiętym jak bęben. Zauważyłam ją dwa lata temu przy śmietniku, niedaleko stacji benzynowej Orlen. Ledwo chodziła. Złapałyśmy ją z sąsiadką, Ireną, po trzech godzinach łażenia po krzakach z ręcznikiem i transporterem. Irena mówiła potem, że nie widziała, żebym się tak uparła od czasów, kiedy walczyliśmy z zarządem o podłączenie wody.

Kocięta poszły do domów. Kotka też. Został tylko Franek. I został mi w głowie, jak drzazga.

Każdego ranka wychodzę na ganek z kubkiem herbaty. Staję przy poręczy, udaję, że patrzę na jabłonkę, a naprawdę patrzę na szklarnię. Kiedy widzę, że w budzie leży bure cielsko, że unosi się bok, że łapy ma podwinięte, to wtedy mogę wrócić do kuchni. Bez tego nie zaczynam dnia. Sąsiadka mówi, że to chore. A ja nie wiem. Może i tak. Ale jak w lutym było minus piętnaście, to o trzeciej nad ranem szłam przez działki z wiadrem ciepłej wody, bo mi się śniło, że zamarzł.

Pewnego wieczoru, to był koniec marca, zostawiłam uchylone drzwi od ganku i położyłam kawałek makreli na progu. Siedziałam potem w kuchni, przy stole, i patrzyłam w ciemny korytarz. Minęło może dwadzieścia minut. Pół godziny. Marek już spał, telewizor wyciszony, tylko lodówka buczała. I wtedy w progu stanął Franek. Nie wszedł. Stanął i patrzył, jak ja oddycham, a ja widziałam, że on oddycha. Czuł zapach makreli, patrzył na mnie, a ja nie ruszałam ręką, bo bałam się, że spłoszę coś, czego nie da się już zawrócić.

Podszedł dwa kroki. Jeden. Zatrzymał się. Potem zjadł makrelę i wyszedł.

Waldek z naprzeciwka uważa, że marnuję czas. Że dziki kot to dziki kot, że trzeba było strzelać, że w zeszłym roku taka jedna zdziczała zagryzła mu kury. Wiem, że nie zagryzła, bo sama widziałam lisa przy jego kurniku, ale nie mówię. Irena mówi, żebym dała sobie spokój z ludźmi, bo to nie ich sprawa.

W maju Franek pierwszy raz pozwolił mi usiąść obok. To znaczy: usiadłam na betonowym krawężniku przy szklarni, a on został w budzie. Nie uciekł. Wyciągnęłam z kieszeni kulkę papieru i rzuciłam ją na ścieżkę. Patrzył, jak się toczy. Rzuciłam drugą. Za którymś razem wysunął łapę i przytrzymał ją.

Marek mówi, że w weekendy to już zupełnie nie ma żony, bo — jak to on — pani na działkach ma pełny etat z tym łobuzem. Wraca późno, cuchnie rybą, paznokcie ma czarne od ziemi. Nie kłócimy się o to. On w tym roku wyjechał do Norwegii na osiem tygodni, na ten sam remont co zawsze. W tym czasie Franek zajął parapet zbutwiałej altanki na stałe. A ja co wieczór odkładałam sobie w kalendarzu kreskę — nie dlatego, że liczyłam dni do powrotu Marka, tylko dlatego, że liczyłam dni, w które Franek wracał do budy cały i głodny.

W czerwcu, podczas burzy, pierwszy raz miauknął w moją stronę. Nie jakoś głośno. Krótko, nisko, jakby chrypiał. Woda lała się po szybach szklarni, piorun uderzył gdzieś za torami, a ja siedziałam w kucki pod okapem i trzymałam pelerynę nad budą, żeby nie zalało wejścia. I wtedy właśnie miauknął. Niedługo potem położył się tam, gdzie rzuciłam mu bluzę flanelową, i przymknął oczy.

Nie było w tym czułości. Było coś stabilniejszego: przyzwolenie.

W sierpniu przyjechała do nas kuzynka z Poznania. Siedziałyśmy na ganku, jadłyśmy ciasto drożdżowe. Franek wyszedł zza szklarni, obszedł jabłonkę i położył się na trawie trzy metry od nas, brzuchem do słońca. Kuzynka powiedziała: „Patrz, on ci ufa”. A ja powiedziałam, że chyba trochę tak.

Wieczorem poderwał się i popędził w krzaki. Za płotem przemknął lisi ogon. Serce mi skoczyło tak, że musiałam oprzeć się o stół.

We wrześniu Irena wpadła na herbatę i powiedziała, że słyszała w radiu, że ludzie zakładają kotom obroże z GPS. Kupiłam przez Internet. Niebieską, zielona nie była dostępna. Obroża leżała w kuchni trzy tygodnie, bo Franek nie pozwalał się dotknąć. Potem, w październiku, obudziłam się i usiadł obok nogi. Po prostu. Dotknął łbem mojej stopy. I wtedy założyłam mu obrożę. Nie uciekł. Nawet nie drgnął. Siedzieliśmy na ganku, patrzyliśmy na jabłonkę i słyszałam, jak cicho dzwoni zawieszka, kiedy przełykał.

Waldek z naprzeciwka chodzi teraz i mówi, że gość z dwunastki trzyma kota, który dusi kury innym. Nosi ze sobą wiatrówkę. Nie boję się. Prędzej Franek przestanie wracać, niż ja przestanę czekać.

Zima idzie. Liście już brązowe, rano szron na tujach. Sprawdziłam budę, uszczelniłam drzwi, położyłam świeży koc. Wiadro z wodą przeniosłam bliżej domu.

Wczoraj wieczorem, już po ciemku, zostawiłam otwarty ganek. Stałam w drzwiach, w skarpetkach, bo zdjęłam kalosze, i patrzyłam w mrok. Nie wychodziłam. I usłyszałam, jak po deskach skrzypi. Potem ciche pac, pac, pac — łapy na progu. Nie zapalałam światła, żeby go nie spłoszyć, ale po tym, jak się położył w korytarzu, na chodniku z konopi, słyszałam, jak mruczy. Nisko, jakby mu silnik pracował. I wtedy Marek zawołał z sypialni: „Zostaw te drzwi, to ucieknie”. Ale drzwi były już zamknięte. Od środka.

Powiem wam, że nie spałam pół nocy. Nie z radości. Tylko musiałam sprawdzać, czy oddycha. Siedziałam na podłodze w kuchni, z kubkiem zimnej herbaty, i liczyłam oddechy. Siedem. Osiem. Dziewięć.

Rano, jak otworzyłam drzwi, wyszedł bez pośpiechu. Minął jabłonkę, przeszedł pod płotem i zniknął za szklarnią. Ale zostawił na chodniku sierść. I tę obrożę, poluzowaną, zgubioną przy progu. Leżała tam cały dzień, bo nie miałam siły jej ruszyć.

Wieczorem znowu zapukał. Nie powiem, żeby wszedł od razu. Ale zjadł, obwąchał próg, a potem usiadł i patrzył na mnie, jakbym miała mu powiedzieć, co dalej.

Nie powiedziałam nic. Położyłam na ziemi flanelową bluzę. Tę samą co zawsze.

Franek przestępował z łapy na łapę. A potem wstał, obszedł jabłonkę i weszliśmy do domu razem. Zwinął się na bluzie w kącie korytarza, łapy podkulił pod siebie, ucho z naderwaniem drgnęło raz i znieruchomiało. Podniosłam rękę do drzwi, żeby zasunąć zasuwkę, i usłyszałam tylko jej ciche, metaliczne szczęknięcie — a on już spał.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − siedemnaście =

Siedem Zim Franka z Działek