Chryzantema Lasota — wszyscy wołali na nią Krysia, bo imię po babci od dziecka jej samej się nie podobało — stała z konewką w ręku, kiedy matka, siedemdziesięciodziewięcioletnia Weronika, wypaliła z progu:
— Krysiu, córko, a zrobiłabyś ty temu swojemu Waldkowi jakąś kolację jak trzeba. Naleśniki, świeczki na stół, i tę nalewkę wiśniową z piwnicy wyciągnij. Randkę mu zrób. Słyszałaś o czymś takim?
Krysia postawiła konewkę tak gwałtownie, że woda chlusnęła jej na klapki.
— Mamo. Co się stało.
— Nic się nie stało, pytam się tylko.
— Mama przez trzydzieści lat mówiła mi, że romantyzm to dla panienek z telenoweli, a poważna kobieta ma gospodarstwo prowadzić, nie świeczki zapalać.
Weronika machnęła ręką, w której trzymała fartuch — ten sam w kwiatki, noszony od dobrych piętnastu lat, z jedną kieszenią zaszytą nitką w zupełnie innym kolorze.
— A teraz mówię co innego. Bo wczoraj u Halinki oglądałam ten serial, na Polsacie, o dziesiątej wieczorem lecą. Nie pamiętam jak się nazywa. Ale tam kobieta na męża czeka, stół nakryty, świece się palą, a ona w takiej koszulce, wiesz, przezroczystej. On wraca z kwiatami, z pudełkiem od jubilera, mówi do niej "kochanie". A przecież tam nawet nie ma czego kochać, same kości. A ty, Krysiu, chwała Bogu, masz na co popatrzeć i czego się złapać.
Krysia otarła czoło przedramieniem, bo ręce miała mokre.
— Mamo, ja od piątej rano przy kurach, potem chlew, potem dwadzieścia arów pomidorów i ogórków plewić. Wieczorem ledwie do łazienki na podwórku dochodzę, a mama mi tu o koszulkach przezroczystych.
— To właśnie dlatego się kłócicie z Waldkiem co drugi dzień. Bo się nie widzicie jak ludzie, tylko jak dwa traktory na jednym polu.
To zdanie akurat trafiło. Krysia zamilkła na chwilę, patrząc na matkę, która stała w drzwiach oparta o framugę, w kapciach wytartych na palcach.
— Mama z tatą w życiu chyba nawet nie potrzymali się za ręce publicznie.
— No i patrz, co z tego wyszło.
Te słowa Krysia zapamiętała, choć wtedy machnęła ręką i poszła do domu, mrucząc pod nosem coś o telewizji, która ludziom miesza w głowach.
Do wieczora nie myślała o tym więcej. Ale w nocy, kiedy Waldek już chrapał odwrócony plecami, a ona leżała patrząc w sufit, w którym od zeszłej zimy była pęknięta rysa po przeciekającym dachu, przypomniała sobie coś, o czym dawno zapomniała.
Trzy lata temu, zanim urodziła się jej córka, Waldek przywiózł jej z Kielc bukiet tulipanów. Bez okazji. Postawiła je wtedy w słoiku po ogórkach, bo wazonu nie miała, i powiedziała mu, żeby więcej pieniędzy na głupoty nie wydawał, bo lepiej kupić nawóz pod pomidory. Zapamiętała jego minę — jakby coś w nim wtedy zgasło, po cichu, bez awantury. Od tamtej pory kwiatów już nie przynosił.
Rano poszła znowu do matki. Zastała ją przy obieraniu ziemniaków na ganku, radio grało cicho jakąś staroć z Marylą Rodowicz.
— Mamo. A skąd wam się to w ogóle wzięło? Bo mama przecież nigdy…
Weronika odłożyła nóż.
— Bo ja swojego czasu, Krysiu, też takiego chłopa miała, co przynosił mi kwiaty, a ja go za to karciłam, że pieniądze marnuje. I on przestał. I tak przez czterdzieści lat obok siebie żyliśmy jak dwoje ludzi w tym samym autobusie, co jadą w tę samą stronę, ale się nie znają. A teraz twój ojciec pięć lat w ziemi leży, a ja siedzę wieczorami sama i myślę, że miałam czterdzieści lat, żeby chociaż raz mu powiedzieć dziękuję za te kwiaty. Nie powiedziałam.
Krysia nic nie odpowiedziała. Usiadła obok na stopniu ganku, wzięła nóż i zaczęła obierać ziemniaki razem z matką, w milczeniu, które tym razem nie było ciężarem, tylko czymś, co się dało wytrzymać.
Wieczorem, kiedy Waldek wrócił z pola, zastał na stole obrus — nie ten codzienny w kratkę, tylko ten świąteczny, z komody, którego od wesela córki nikt nie ruszał. Stały na nim dwie świece z kościoła w Skaryszewie, kupione przez Weronikę za dwa złote pięćdziesiąt sztuka, i talerz naleśników, jeszcze ciepłych.
Waldek stanął w progu w gumowcach, z których kapało błoto, i patrzył tak długo, że Krysia zdążyła pożałować całego pomysłu.
— Co jest? — zapytał w końcu. — Ktoś umarł?
— Siadaj, Waldek, i się nie wygłupiaj.
Usiadł, niepewnie, jakby to nie był jego własny stół w jego własnej kuchni. Przez dłuższą chwilę jadł w milczeniu, zerkając na nią co jakiś czas, jakby czekał na haczyk. W końcu odłożył widelec.
— Krysia. Ja przez dwadzieścia dwa lata małżeństwa nie pamiętam, żebyś mi raz powiedziała coś miłego bez tego, że zaraz doda drugie zdanie o tym, co mam naprawić w chlewie.
— Bo nie umiem inaczej, Waldek. Mnie tego nikt nie nauczył.
— A teraz umiesz?
Nie odpowiedziała słowami. Wstała, podeszła do komody, wyjęła stamtąd kopertę, którą schowała tam jeszcze przed południem — leżały w niej pieniądze, które przez ostatni rok odkładała po kryjomu ze sprzedaży jaj na targu w Iłży, dwa tysiące trzysta złotych, cel niesprecyzowany, "na wszelki wypadek", jak sama sobie mówiła.
— Jedziemy w niedzielę do Sandomierza. Ty i ja. Bez dzieci, bez matki, bez gospodarstwa na jeden dzień. Autobus o ósmej piętnaście z przystanku.
Waldek spojrzał na kopertę, potem na nią, i po raz pierwszy od bardzo dawna się roześmiał — nie z ironii, tylko tak, jakby coś w nim odetchnęło.
W niedzielę zamknęli chlew na klucz, poprosili sąsiadkę o dokarmienie kur i pojechali. Weronika, kiedy się o tym dowiedziała, tylko pokiwała głową nad garnkiem z kapustą i powiedziała do siebie, tak żeby nikt nie słyszał:
— No i tak trzeba było czterdzieści lat temu.



