Tajemniczy obraz
Weronika siedziała na tylnym siedzeniu samochodu i patrzyła przez okno. Miała podniosły nastrój, jak przed świętami – przed Bożym Narodzeniem czy urodzinami. Ale urodziny obchodziła w grudniu, a teraz był lipiec.
Za kierownicą siedział surowy, korpulentny mężczyzna. Weronika widziała tylko jego ogoloną potylicę, która przechodziła w grubą szyję. Ten kark był nieprzyjemny, odpychający. Kierowca patrzył przed siebie, nie odwracał głowy, jakby gruba szyja na to nie pozwalała. Dziewczynka pomyślała, że to wcale nie człowiek, tylko robot. Przechyliła się nawet, by zajrzeć mu w twarz.
– Siadaj! – warknął kierowca, nie odwracając się.
Weronika opadła z powrotem na siedzenie. Znów wpatrywała się w okno. Migające pola, lasy, wioski. Minęli dwóch rowerzystów – mężczyznę i nastolatka – którzy spojrzeli na Weronikę przez szybę. Nastrój znów się poprawił. Po raz pierwszy jechała do innego miasta, do dziadków, których nigdy nie widziała.
– Długo jeszcze będziemy jechać? – zapytała.
– Nie – odpowiedziała matka z przodu.
– A dlaczego wcześniej nie jeździliśmy do babci i dziadka?
Matka odpowiedziała coś niewyraźnego.
– A rzeka tam jest?
– Jest. Tam jest wszystko. Przestań paplać. Jak przyjedziemy, sama zobaczysz. – W głosie matki narastała irytacja.
Weronika zamilkła. Ostatnio matka wszystko ją drażniło, przy byle czym podnosiła głos. Zaczęło się, gdy odszedł tata. Spakował rzeczy i wyszedł.
„Żeby już dojechać – myślała Weronika. – Pewnie jedziemy na wakacje, skoro mama zabrała tyle rzeczy, nawet moje ulubione zabawki. Nawet tornister. Po co tornister na wakacjach?” Pytań było wiele, ale nie śmiała ich zadawać.
Dziewczynka oparła się o siedzenie i zaczęła nucić. Cicho ciągnęła jedną nutę, potem drugą…
– Przestań jęczeć! Już mi się nudzi – warknęła matka. Weronika zamilkła, nadąsana.
W końcu wjechali do miasta. Weronika znów przywarła do okna. Samochód zatrzymał się przed dwupiętrową, ceglaną kamienicą.
– Przyjechaliśmy. Dom, słodki dom – powiedziała matka, otwierając drzwi auta. Nie brzmiało to radośnie, lecz z żalem.
Dom był stary, szary, z dwoma klatkami schodowymi. Nie było podwórka ani placu zabaw z kolorową plastikową zjeżdżalnią i huśtawkami jak u nich. Tylko dwie ławki przy wejściach.
Kierowca wysiadł ich bagaż z bagażnika i też patrzył na dom. Matka poprosiła go, by zaczekał, wzięła walizkę i torby, po czym ruszyła do klatki. Weronika podreptała za nią. Drzwi okazały się drewniane, pokryte łuszczącą się brązową farbą, a nie metalowe, bez domofonu.
– Otwórz – powiedziała matka zirytowana.
Weronika przyspieszyła i otworzyła skrzypiące drzwi. Weszli na drugie piętro. Matka postawiła walizkę na betonowej podłodze, by nacisnąć dzwonek, ale nagle drzwi same się otworzyły. Weronika ujrzała wysoką, surową kobietę. Nie mówiła nic, tylko stała i patrzyła.
Matka podniosła walizkę i weszła do środka. Weronika wślizgnęła się za nią i przytuliła do jej boku. Już domyśliła się, że drzwi otworzyła babcia.
– No, czego stoisz? Wchodź do pokoju – powiedziała babcia, niezbyt przyjaźnie.
Weronika nie drgnęła. Przylgnęła do matki. Z pokoju wyszedł wysoki siwy mężczyzna.
– To twój dziadek Jan – powiedziała matka. – Tu jej rzeczy, tu zabawki, tu buty… – wyliczała cicho.
– Rozkmini – odparła babcia sucho. – Herbaty nie napijesz się?
– Nie, taksówka czeka – odpowiedziała matka.
I Weronika nagle zrozumiała, że matka zostawi ją tu, a sama zaraz odjedzie. Objęła ją rękami i zaczęła błagać:
– Mamusiu! Nie odchodź! Nie zostawiaj mnie tu! Zabierz mnie ze sobą…
– Czy ty jej nie powiedziałaś? – zapytała babcia z wyrzutem.
Matka nie odpowiedziała. Próbowała odkleić ręce Weroniki, ale ta trzymała się jak kleszcz.
– Przyjadę po ciebie, później. Na razie pobędziesz u babci i dziadka. Dość tego! – nagle krzyknęła matka, oderwała ręce córki i odepchnęła ją.
Za Weroniką objęły ją ręce babci, przyciskając ją do swojego brzucha. Dziewczynka zaczęła się wyrywać, wić jak wąż.
– Idź… Wynoś się! – warknęła babcia, i matka wysunęła się za drzwi.
– Mamo! Puść mnie! – krzyczała Weronika.
Babcia ją wypuściła, ale matka już zniknęła.
– Weronika! – usłyszała spokojny głos dziadka.
Stanął przed nią, wysoki i wyprostowany. Weronika skuliła się, ze strachem patrząc na dziadka. Uśmiechał się, a jego oczy były ciepłe i pełne ciekawości.
– Chodź no – powiedział, wziął ją za rękę i zaprowadził do pokoju.
Stare meble, kanapa, pianino przy ścianie. Było przytulnie i cicho. Nawet słychać było tykanie zegara na ścianie. Potem pili herbatę z naleśnikami. Tak smacznych naleśników Weronika nigdy w życiu nie jadła. Później z babcią poszły na dwór. Pod klatką bawiły się dwie dziewczynki. Babcia zostawiła Weronikę z nimi i wróciła do domu.
– Będziesz tu teraz mieszkać? – spytała jedna.
– Nie, mama wkrótce po mnie przyjedzie – powiedziała Weronika pewnie, ale oczy zdradziecko zabłysły łzami.
Nadszedł wrzesień, ale matka nie przyjechała. Weronika poszła do szkoły. Z tamtymi dwiema dziewczynkami była w tej samej klasie – 2b. Ogólnie, życie z dziadkami podobało jej się. Nie kłócili się, nie podnosili głosów, w przeciwieństwie do rodziców.
Ostatnio rodzice Weroniki w ogóle nie rozmawiali, tylko krzyczeli na siebie. Potem tata odszedł. Matka też często wychodziła wieczorami. Weronika myślała, że nigdy nie wróci. StaPewnego dnia, gdy jej córeczka pytała o rodzinne zdjęcia, Weronika uświadomiła sobie, że jedyną prawdziwą miłość poznała właśnie w tym starym, szarym domu u boku dziadków.



