Na urodziny mój syn poprosił o figurkę robota. Jest to towar kolekcjonerski, pochodzący z jakiejś kreskówki lub serialu telewizyjnego – nie zagłębiałam się w szczegóły hobby mojego syna. Okazało się jednak, że bardzo trudno go znaleźć. W sklepach stacjonarnych go nie było, a na dostawę musiałam czekać co najmniej trzy tygodnie. Postanowiłam więc poszukać na stronach internetowych, gdzie ludzie sprzedają rzeczy, które były używane. I znalazłam!
Byłam przeszczęśliwa, ponieważ na zdjęciu zabawka wyglądała na niezniszczoną, było oryginalne pudełko, a cena była niższa niż w sklepie. Zamówiłam wysyłkę za pobraniem, chcąc sprawdzić zabawkę, bo zdjęcie to jedno, a rzeczywistość drugie.
Poszłam na pocztę i na miejscu odpakowałam przesyłkę. Pudełko z robotem było jeszcze zabezpieczone folią, którą również usunęłam. Spojrzałam na pudełko, myśląc, że mój syn będzie zachwycony. Postanowiłam zajrzeć do środka i po otwarciu pudełka na wierzchu zauważyłam przyklejoną od wewnątrz zadrukowaną kartkę, raczej notatkę.
Było na niej napisane, że zabawka jest darem dla szpitala dziecięcego, z adresem oddziału onkologii. Od razu poczułam się bardzo nieswojo, szczęka mi się zacisnęła, a serce wypełnił żal.
Odmówiłam przyjęcia paczki i napisałam do kobiety z pytaniem, czy uważa za moralne sprzedawanie tego, co zostało ofiarowane dzieciom w szpitalu. Nie odpowiedziała mi, nie usprawiedliwiła się, a kilka dni później wznowiła ogłoszenie na stronie internetowej. Zgłosiłam ją, pisząc do moderatorów, że nie sprzedaje swoich rzeczy, ale jest mało prawdopodobne, żeby strona mogła walczyć z takimi osobami.
Jak można tak nikczemnie postępować? Moja wiara w ludzi znacznie się zmniejszyła. Nawet ci, którzy mają bezpośredni kontakt z chorymi dziećmi, zniżają się do takich czynów.



