Sonia, leżąc na szpitalnym łóżku czuła, że siły życiowe wysączają się z niej i staje się coraz słabsza. Doktor wszedł, posłuchał jej serca, westchnął ciężko, potrząsnął głową i nic nie mówiąc, przepisał najsilniejsze środki przeciwbólowe, od których kobieta zapadła w krótki, półgodzinny i ciężki sen. Później budziła się w nieznośnym bólu, jęczała i znów przychodziła pielęgniarka i robiła kolejny zastrzyk.
Wreszcie nadszedł długo oczekiwany poranek i dziewczyna poczuła się lepiej. Jakoś bóle w ciągu dnia były mniejsze i mogła głęboko oddychać. Na oddział wszedł jej mąż Sebastian, w białym fartuchu i z torbą owoców, schylił się do żony i pocałował ją w policzek.
– Witaj kochanie, byłem u ordynatora. Powiedział, że mogę Cię zabrać do domu. Zastrzyki możemy wykonywać na miejscu. Napij się herbaty, a ja Cię spakuję.
W domu Sonia od razu poczuła się lepiej. Nie na darmo mówi się: „Dom jest lekarstwem” – przypomniała sobie.
Dziewczyna wzięła kilka łyków gorącej herbaty i spokojnie podeszła do okna. Usiadła na krześle i wpatrywała się w ulicę.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Sebastian poszedł otworzyć i zobaczył swojego przyjaciela z dzieciństwa Wiktora.
– Witam, wejdź.
– Sąsiedzi mówili, że przywiozłeś Sonię do domu. Czy czuje się lepiej?
– Ona umiera, ma nieoperacyjnego raka. Zostały jej dwa tygodnie życia, więc odesłali ją do domu na śmierć – westchnął jej mąż.
– O mój Boże, tak nie może być!
– Niestety może, wszystko jest możliwe.
Kobieta słysząc tę rozmowę, oniemiała. Jej serce zatrzymało się na chwilę w strachu.
Powiedzieli jej, że jest po prostu zmęczona i słaba – przypomniała sobie słowa lekarza i męża.
– Powinno się ją częściej zabierać do lasu, żeby po raz ostatni nacieszyła się przyrodą, która tak kocha – powiedział Sebastian do Wiktora.
Tak też zrobili. Codziennie mąż zabierał Sonię do lasu, gdzie kładła się na leżaku i przykrywał jej nogi kocem.
Kobieta czuła się coraz gorzej, przestała zupełnie spać. Jej drzemki trwały tylko kilka krótkich minut. Gdy się budziła, piła kilka łyków gorącej, słodkiej herbaty, odmawiając w ogóle rosołu.
Pewnego razu, siedząc na polanie, dziewczyna pogodzona ze swoją chorobą, wsłuchiwała się w odgłosy lasu.
Usłyszała płacz wilgi w krzakach. To płacze za mną – pomyślała, a słysząc kukułkę zadrżała.
– Kuku, kuku, ile mi zostało czasu?- zapytała głośno i z zapartym tchem czekała na odpowiedź.
Kukułka zakukała trzy razy i zamilkła.
– Czy to tylko trzy dni? – Zgroza wypełniła dziewczynę, wywołując tęsknotę i strach.
Nagle z krzaków wyszła stara kobieta i widząc Sonię powiedziała:
– Dlaczego moja droga myślisz, że zostały Ci trzy dni?
– Babciu, nie czuję się dobrze, jestem śmiertelnie chora.
– Bóg da, wszystko będzie dobrze – powiedziała staruszka, ale nie odeszła, tylko stała patrząc na Sonię, jakby czekała na jej pytanie.
– Babciu, czy kukułka kuka oznajmiając dni czy lata?
– Lata, moja dziewczyno, tylko lata. Kukułka nigdy nie robi kuku dniom.
– A czy mówi prawdę?
– Prawdę, moja córko, tylko prawdę. Uwierz jej, moja droga, a będzie Ci lepiej.
Te słowa podniosły Sonię na duchu. Nagle zrozumiała, że będzie żyła jeszcze trzy lata, a nie umrze za tydzień czy dwa. Ta wiadomość wpłynęła leczniczo na kobietę i uspokoiła się. Niespodziewanie zasnęła i spała prawie dwie godziny w lesie.
W domu była bardziej pogodna niż zwykle. Zjadła kilka łyżek rosołu z kurczaka bez chleba i wypiła pół szklanki gorącej herbaty z miodem.
Sebastian spojrzał na swoją żonę i bardzo się zmartwił. Mówią, że choremu poprawia się przed śmiercią – pomyślał z przerażeniem.
Dziewczyna przespała tę noc, choć często budziła się i prosiła o wodę, ani razu nie poprosiła o zastrzyk znieczulający.
Na drugi dzień nie poszli do lasu, mężczyzna został do późna w pracy. Kobiecie pomogła sąsiadka i pielęgniarka, która była przywiązana do chorej.
Dzień później pojechali do lasu i stanęli na znajomej polanie.
Gdy tylko Sonia usiadła w wygodnym leżaku, rozległ się głos kukułki.
– Kuku, kuku, ile mam czasu?- Sonia znów się zapytała.
Tym razem kukułka kukała pięć razy, zaszczepiając w niej wiarę i nadzieję.
Z przerażenia nic już nie pozostało w jej duszy. Czuła się zmęczona, ale szczęśliwa.
Zasypiając, powtarzała:
– Pięć, pięć całych lat.
Od tego czasu, dziewczyna była w dobrej kondycji, wrócił jej apetyt i sen. Powoli wracały jej utracone siły. Już spokojnie chodziła po łące, zbierając stokrotki i niezapominajki.
Kukułka wciąż gdzieś się odzywała, dodając co drugi dzień rok lub dwa. Po dwóch miesiącach przerzuty zmniejszyły się, a po kolejnym miesiącu całkowicie zniknęły.
Czas mijał i ku zaskoczeniu lekarzy, Sonia została całkowicie wyleczona. Zadawali jej pytania co robiła i czym się leczyła. Dziewczyna tylko uśmiechnęła się i powiedziała radośnie:
– Nikt w to nie uwierzy, ale kukułka mnie wyleczyła.
Razem z mężem chodzili dalej do lasu, a ona dziękowała kukułce, która ją uratowała.


