Siedzisz w domu, nic nie robisz…
— Mamo, chodź się pobawić samochodzikami, obiecałaś! — pięcioletni Kacper po raz kolejny zajrzał do kuchni, patrząc na matkę błagalnym wzrokiem.
Joanna spojrzała najpierw na synka, potem na stertę brudnych naczyń i kurczaka, który cierpliwie czekał na swoją kolej na desce do krojenia. Znów popatrzyła na chłopca. Kacper nie odstępował, wpatrując się w nią uparcie, czekając na odpowiedź.
— Kacperku, jeszcze chwileczkę, mamuska zaraz przyjdzie, dobrze? — wyszeptała, sama nie wierząc w to „zaraz”.
— Znowu to samo! Zawsze tak mówisz, a potem nie przychodzisz! Nie chcę bawić się sam! — wrzasnął malec i pobiegł do pokoju.
Od krzyku obudziła się roczna Zosia, oznajmiając swoje przebudzenie głośnym płaczem. Joanna usiadła na krześle, objęła dłońmi głowę, jakby chciała zatkać uszy. Na moment zamknęła oczy.
…Joanna zawsze pragnęła dzieci i kochała je bezgranicznie. Ale teraz marzyła tylko o tym, by być choćby godzinę sama, z dala od wiecznego sprzątania, gotowania, pieluch, logopedy, spacerów, wieczornych kąpieli, kolacji i bajek na dobranoc…
Inne kobiety też tak żyją, ale mają wsparcie — babcie, dziadków, mężów, którzy pomagają. Joannie nie było dane. Jej rodzice mieszkali tysiąc kilometrów stąd, teściowa pracowała i zajmowała się sobą — nie miała czasu na wnuki. A mąż, Krzysztof, wracał z pracy zwykle wtedy, gdy dzieci już zasypiały. Zjadał kolację, siadał przed komputerem albo telewizorem. Żonie nie pomagał niemal wcale. Ostatnio ich relacje stały się napięte, wręcz bolesne…
— Maaaamooo… — przeciągły głosik Zosi dobiegł z pokoju.
— Idę, córeczko, idę! — odkrzyknęła Joanna i ruszyła do dziecięcego pokoju.
Zajęła się maluchami, zrobiła szybkie porządki. Po obiedzie Kacper miał zajęcia z logopedą. Gdy się uczył, Joanna z Zosią poszły na plac zabaw.
Wróciły dopiero pod wieczór. Wykąpała dzieci, nakarmiła je kolacją. Sama nie jadła, tylko wypiła pospiesznie herbatę. Potem posprzątała naczynia, raz jeszcze spojrzała na kurczaka i wydała wyrok — „nie zdążę”. Dla męża postanowiła ugotować pierogi.
Krzysztof wrócił przed dziewiątą. Joanna przywykła już, że przeważnie wracał w złym humorze.
— Jestem! Nikt mnie nie wita? — ryknął z przedpokoju.
— Krzysiu, nie krzycz, proszę, Zosia już śpi. — starała się mówić łagodnie, by nie drażnić go jeszcze bardziej.
— No świetnie! Witaj, domowy zaciszu! Wracam, a tu cisza jak makiem zasiał! — burknął Krzysztof i poszedł do łazienki umyć twarz.
Joanna nakryła do stołu — nałożyła pierogi, obok postawiła półmisek ze śmietaną i zieleniną. Zagotowała wodę na herbatę, pokroiła chleb.
— Joasia, znowu pierogi na promocji kupiłaś? Teraz nie zjem nic innego, dopóki ich nie zeżrę?! — zapytał Krzysztof z sarkazmem.
— Krzysiu, dziś jeszcze pierogi, a jutro, jak obiecałam, usmażę kurczaka. — odpowiedziała ze skruchą.
— Dziś ostatni raz. Jutro już nie! W poniedziałek były pierogi i znowu to samo! — oburzył się Krzysztof i zabrał się za jedzenie.
Nawet nie zapytał, czy Joanna w ogóle coś dziJoanna spojrzała na śpiące dzieci, przytuliła je mocno i poczuła, że choć świat wokół niej się zawalił, one są jej jedynym prawdziwym szczęściem.



