„Siedzisz w domu i nic nie robisz…”
– Mamo, chodź pobawić się samochodzikami, obiecałaś… – po raz kolejny poprosił pięcioletni Kacper, zaglądając do kuchni.
Wiktoria spojrzała najpierw na synka, potem na stos brudnych naczyń i kurczaka, który cierpliwie czekał na swoją kolej na desce do krojenia. Znów spojrzała na chłopca. Kacper też patrzył na nią wyczekująco, czekając na odpowiedź, która nie była ani pytaniem, ani prośbą.
– Kacperku, jeszcze chwileczkę, zaraz przyjdę, dobrze? – powiedziała cicho, pewnie dlatego, że sama nie wierzyła, czy to „zaraz” w ogóle nadejdzie.
– Znowu to samo! Zawsze tak mówisz, a potem nie przychodzisz! Nie chcę się bawić sam! Nie chcę! – krzyknął chłopiec i pobiegł do pokoju.
Od jego krzyków obudziła się mała Zosia i od razu dała znać o swoim przebudzeniu głośnym płaczem. Wiktoria usiadła na krześle, objęła głowę rękami, jakby chciała zatkać uszy. Na moment zamknęła oczy.
…Wiktoria zawsze chciała dzieci i kochała je ponad wszystko. Ale teraz chętnie znalazłaby się gdzieś całkiem sama, bez tej niekończącej się sprzątania, gotowania, pieluch, logopedy, spacerów, wieczornego kąpania, kolacji, bajek na dobranoc…
Oczywiście wiele kobiet tak żyje, ale większość ma babcie i dziadków, mężów, którzy pomagają. U Wiktorii było inaczej. Jej rodzice byli tysiąc kilometrów stąd, teściowa pracowała i zajmowała się sobą – wnuki nie były teraz jej priorytetem. A mąż, Marek, wracał z pracy zwykle dopiero wtedy, gdy dzieci już szykowały się do snu. Jadł kolację, siadał przed komputerem albo telewizorem. Praktycznie w ogóle nie pomagał. Ostatnio ich relacje stały się dziwnie napięte, jakby pełne ukrytego bólu…
– Maaaaamo… – rozległ się przeciągły głos półtorarocznej Zosi.
– Idę, córeczko, idę! – odpowiedziała Wiktoria i pospieszyła do pokoju dziecięcego.
Kobieta zajęła się dziećmi, zrobiła lekki porządek. Po obiedzie Kacper miał zajęcia z logopedą. Gdy się uczył, Wiktoria z Zosią poszły na plac zabaw.
Wróciły dopiero wieczorem. Wiktoria wykąpała dzieci, nakarmiła je kolacją. Sama nawet nie jadła, tylko wypiła w pośpiechu herbatę. Potem posprzątała po nich naczynia, spojrzała na kurczaka i wydała wyrok – „nie zdążę”. Żeby nakarmić męża, postanowiła ugotować pierogi.
Marek wrócił około dziewiątej. Wiktoria przywykła już, że mąż najczęściej wraca w złym humorze.
– Jestem! Nikt mnie nie wita? – krzyknął z przedpokoju.
– Mareczku, nie krzycz, proszę, Zosię właśnie ułożyłam spać. – mówiąc do męża, starała się, by jej głos brzmiał łagodnie, żeby go nie rozdrażniać.
– No tak! Witaj w domu! Przyszedłem, a tu cisza! – burknął Marek i poszedł do łazienki umyć ręce.
Wiktoria nakryła do stołu – nałożyła pierogi, osobno postawiła śmietanę i posiekaną pietruszkę. Zagotowała wodę na herbatę, pokroiła chleb.
– Wika, znowu pierogi na promocji kupiłaś i teraz będę je jadł, aż się nie skończą?! – zapytał sarkastycznie Marek.
– Marku, dziś jeszcze pierogi, a jutro, jak obiecałam, usmażę kurczaka. – przeprosiła Wiktoria.
– Ostatni raz je jem. Jutro zdecydowanie nie! W poniedziałek były pierogi i dziś to samo! – oburzył się Marek i zabrał się za jedzenie.
Nawet nie zapytał, czy Wiktoria w ogóle coś dziś jadła. Ostatnio wydawało się, że żona w ogóle go nie interesuje.
– Marek, oderwij się na pięć minut od telefonu. Opowiedz, co u was w pracy?
– Co tam może być – jak zwykle. Jestem tym zmęczony, a ty chcesz, żebym w domu też o tym gadał! – rzucił ostro i znowu wpatrzył się w ekran.
– No to smacznego, idę do dzieci.
– Idź. – sucho odpowiedział.
Wiktoria ułożyła dzieci spać, zgasiła światło i wróciła do kuchni.
– Idę spać. – rzucił Marek i wyszedł, bez słowa, wciąż wpatrzony w telefon.
– Dobranoc. – cicho szepnęła do pustki…
A były czasy, kiedy mąż całował ją na dobranoc, życzył spokojnej nocy i słodkich snów. Czasem, gdy już Kacper spał, długo rozmawiali o wszystkim i o niczym… Pili herbatę w kuchni, potem szli do sypialni, włączali film.
Te ciepłe, czułe relacje z mężem Wiktoria zaczynała już zapominać. Ostatnio działo się coś niepokojącego. Marek był pochłonięty pracą, jakimiś sprawami, do których ona nie miała dostępu.
Ona sama, po urodzeniu Zosi, była coraz bardziej zmęczona. Na początku miała nadzieję, że Kacper pójdzie do przedszkola, ale w grupie logopedycznej zabrakło miejsc. Postanowili, że w czasie jej urlopu macierzyńskiego zostanie w domu i będzie chodził na prywatne zajęcia.
Wiktoria westchnęła ciężko, spojrzała na zegarek. Już wpół do jedenastej! Trzeba szybko pozmywać, umyć się i iść spać.
Do sypialni weszła przed północą. Marek oczywiście już spał. Nagle jego telefon zadzwonił krótkim sygnałem – SMS.
„Kto pisze o tej porze?” – pomyślała, ale zignorowała to, zakładając, że to reklama od operatora.
Ledwie zamknęła oczy, a już obudził ją budzik.
„Serio już piąta rano? Czuję się, jakbym w ogóle nie spała…” – wstała, narzuciła szlafrok i poszła do łazienki.
Umyła się, zrobiła kawę i zabrała za śniadanie. O szóstej obudził się Marek.
– Znowu owsianka i kanapki?! – warknął, zanim jeszcze wszedł do kuchni.
– Dzień dobry, Marku!
– Moja mama zawsze smażyła mi na śniadanie naleśniki albo racuchy, a od ciebie nie doczekasz się! – mruknął i ze złością przyciągnął do siebie miskę z owsianką.
– Kochanie, naprawdę nie mam czasu. W weekendy smażę, a w tygodniu… Poza tym smażone codziennie nie jest zdrowe. Owsianka jest dobra dla ciebie i Kacpra.
– No tak! Teraz mam się tym dusić! Wolałbym jajecznicę!
– PoOtworzyła oczy następnego ranka z postanowieniem, że od dziś zacznie życie od nowa – dla siebie i dzieci, bez oglądania się wstecz.



