Halina Wrona prowadzi warzywniak przy ulicy Sikorskiego w Tarnobrzegu od dwudziestu trzech lat. Stoisko ma dwa metry na trzy, lada z blachy, nad nią kalendarz od PZU z zagiętym rogiem. Ona o serwerowniach nie wiedziała nic — do marca.
W marcu na słupie ogłoszeniowym koło przystanku powiesili plan zagospodarowania. Ktoś, może sąsiadka z piętra wyżej, przykleił strzałkę flamastrem: "tu będzie betonowa klocka, 40 metrów, bez okien". Halina przeczytała trzy razy, bo litery były drobne, a ona od zaćmy nosi okulary plus dwa i pół.
Inwestor nazywał się "Silvertree Data Polska", spółka zarejestrowana gdzieś w Warszawie, kapitał zakładowy pięć tysięcy złotych, w aktach — zero adresu produkcyjnego. Mieli budować centrum danych o moc 55 megawatów, zasilane z tej samej linii, z której idzie prąd do osiedla Serbinów i do szpitala powiatowego. Woda z ujęcia miejskiego, chłodzenie, dwadzieścia tysięcy metrów kubicznych rocznie — tyle, ile zużywa cała dzielnica w sierpniu, kiedy ludzie podlewają ogródki.
Burmistrzem był Tomasz Grodzki, pięćdziesiąt jeden lat, dwa kadencje, syn po studiach budowlanych, który od roku pracował w firmie deweloperskiej jako "konsultant do spraw inwestycji". Ta firma była podwykonawcą przy projekcie serwerowni. Nikt o tym głośno nie mówił, ale na sesji rady miejskiej ludzie wiedzieli.
— Panie burmistrzu, a pana syn to przypadkiem nie jest w tej spółce? — zapytała Halina na sesji w kwietniu, stojąc z mikrofonem, który trzeszczał.
Grodzki odpowiedział, nie patrząc w jej stronę:
— To pytanie nie na temat porządku dziennego.
I tyle. Sesja poszła dalej, jakby nic.
Halina zaczęła chodzić po sąsiadach z teczką — zwykłą, kartonową, z gumką, kupioną w sklepie papierniczym za sześć złotych dziewięćdziesiąt. W teczce zbierała podpisy pod petycją do wojewody. Nie była aktywistką, nie znała się na procedurach środowiskowych, ale umiała liczyć — przez dwadzieścia trzy lata sprzedawania ziemniaków nauczyła się, ile kosztuje prąd, kiedy podnoszą ceny o grosz na kilowacie.
Rachunek za prąd dla jej mieszkania w bloku na Serbinowie wynosił sto dziewięćdziesiąt złotych miesięcznie. Sąsiedzi z zarządu spółdzielni liczyli, że po uruchomieniu serwerowni stawka za przesył może wzrosnąć o osiemnaście procent — bo linia będzie przeciążona, a modernizacja sieci kosztuje, i kto to zapłaci, jak nie mieszkańcy.
W maju zebrała sto siedemdziesiąt cztery podpisy. Niosła teczkę pod płaszczem, bo akurat lało, i bała się, że tusz z podpisów się rozmyje.
Na sesji czerwcowej sala była pełna — pierwszy raz od czasu, kiedy zamykali szpitalny oddział dziecięcy pięć lat temu. Ktoś przyniósł termos z herbatą, ktoś inny krzesła składane z remizy. Grodzki siedział za stołem prezydialnym, obok niego radny Kowalczyk, który akurat miał działkę budowlaną sto metrów od planowanej serwerowni i przez to nagle zaczął mówić o "perspektywach rozwojowych gminy".
Halina wyszła na mównicę. Ręka jej nie drżała, bo przez dwadzieścia trzy lata handlu nauczyła się stać przed ludźmi.
— Panie burmistrzu. Sto siedemdziesiąt cztery podpisy. I pytanie — ile pana syn zarobi na tej budowie, zanim my zapłacimy za prąd o te osiemnaście procent więcej?
Ktoś zakrztusił się herbatą, ktoś inny szurnął krzesłem, termos stuknął o stół. Grodzki powiedział, że "projekt przechodzi normalną procedurę środowiskową" i że "spekulacje rodzinne nie mają tu miejsca". Ale głos mu się złamał na słowie "rodzinne".
Dwa tygodnie później w gazecie lokalnej, "Tygodnik Nadwiślański", wyszedł artykuł z dokumentami z Krajowego Rejestru Sądowego — syn burmistrza, Patryk Grodzki, figurował jako pełnomocnik spółki podwykonawczej od stycznia. Dokument był publiczny, każdy mógł go ściągnąć za trzydzieści złotych opłaty sądowej, tylko nikt dotąd nie sprawdził.
Wojewoda podkarpacki wstrzymał wydanie decyzji środowiskowej do czasu wyjaśnienia konfliktu interesów. Nie unieważnił inwestycji, tylko zamroził ją na dwanaście miesięcy — prawnicy z Rzeszowa, pisząc opinię dla urzędu wojewódzkiego, oparli się na przepisach o postępowaniu administracyjnym w sprawach, w których urzędnik wydający decyzję ma osobisty interes w jej treści. Tyle że tu interes był pośredni, przez syna, i właśnie to trzeba było rozstrzygnąć, zanim procedura ruszy dalej.
Rada miejska zbierała się we wrześniu w sprawie wotum nieufności dla Grodzkiego. Głosowanie — dziewięć do siedmiu. Przeszło.
Halina nie poszła na tę sesję. Siedziała w swoim warzywniaku, ważyła ziemniaki dla pani Krystyny z bloku numer 12, i słyszała przez radio tranzystorowe, trzeszczące, postawione na półce koło kasy, jak spiker z lokalnego radia odczytuje wynik głosowania.
Grodzki zadzwonił do niej osobiście następnego dnia. Nie wiadomo skąd miał numer — pewnie z listy podpisów pod petycją, którą kiedyś musiała złożyć do urzędu z kontaktem.
— Pani Halino. Rozumiem pani determinację, ale to zaszkodzi gminie. Inwestorzy się wycofają, miejsca pracy przepadną.
— Panie burmistrzu, ja nie zamykam serwerowni. Ja zamykam panu drzwi do gabinetu. To różne rzeczy.
Odłożyła słuchawkę telefonu stacjonarnego — tego starego, z obrotowym dyskiem, który trzyma na lodówce, bo zasięg komórki w warzywniaku słaby.
Spółka "Silvertree Data Polska" formalnie wycofała wniosek w październiku, kiedy obowiązki burmistrza do czasu wyborów przejęła osoba wyznaczona przez premiera, a dotychczasowa wiceprzewodnicząca rady, Ewa Maciejewska, jako radna złożyła wniosek o pełny audyt środowiskowy od zera — z nowym operatorem technicznym, bez udziału firm związanych z rodziną Grodzkich.
Halina wróciła do swojego stoiska. Odważyła kilogram ziemniaków dla pani Krystyny, wsypała do reklamówki, zawiązała supeł. Kalendarz od PZU wisiał nad lladą, zagięty w tym samym rogu. Teczka z podpisami leżała w szufladzie pod kasą, między sznurkiem a kalkulatorem, a z radia na półce dobiegał trzask starej anteny, gdy spiker zmieniał temat na pogodę.



