Jakże byłam szczęśliwa w dniu, kiedy Artur poprosił mnie o rękę! Tak naprawdę nie mogłam uwierzyć we własne szczęście, wydawał mi się być mężczyzną marzeń… Artur był niezwykle przystojnym, młodym facetem który miał swoje pasje i odpowiedzialnie podchodził do życia. Pracował na etat, uprawiał sport i kochał samochody. Od razu więc zgodziłam się na ślub i już pół roku później byliśmy małżeństwem. Naprawdę byliśmy szczęśliwi, a owocem tego naszego rodzinnego szczęścia był nasz syn. Daliśmy mu na imię Jacek.
Kilka lat później Arturowi przydarzyło się wielkie nieszczęście – miał wypadek, który sprawił, że do końca życia miał już być niepełnosprawny i zależny od innych. Lekarze mówili, że nie ma praktycznie żadnych nadziei na to, że mój mąż będzie chociaż w małym procencie tak sprawny, jak kiedyś.
Mam dopiero 34 lata, ale już muszę siedzieć w domu, w którym jestem uwiązana przez konieczność opieki nad niepełnosprawnym mężem. Mój syn ma dopiero sześć lat ale rozumie, jakie to jest dla mnie trudne. Pracuję jak koń, abyśmy po prostu nie umarli z głodu, a do tego muszę zajmować się jeszcze mężem, który sam koło siebie nic nie zrobi, bo po prostu nie może. Ja to wszystko rozumiem, ale nie mam siły tak dalej żyć.
Od jakiegoś ponad roku pomagają nam najbliżsi męża, ale oczywiście nie robią tego dla mnie czy dla męża, a dla siebie. Boją się, że w końcu nie wytrzymam i po prostu porzucę męża, a wtedy ktoś z rodziny będzie musiał opiekować się swoim niepełnosprawnym krewnym. Oczywiście nikt nie chce tego zrobić, dlatego postanowili dawać mi pieniądze, abym chociaż nie musiała pracować i zajmowała się tylko mężem.
Nie zrozumcie mnie źle, oczywiście doceniam to, że nas wspierają finansowo, bo z drugiej strony gdyby chcieli, nie wysłaliby ani grosza. Z drugiej zaś strony wiem, że robią to tylko dla siebie, a ja coraz bardziej tracę już siły – zarówno te fizyczne, jak i psychiczne – bo nie chcę żyć obok osoby, która już nigdy nie będzie taka sama jak dawniej…
Nie wiem, jak długo jeszcze to wytrzymam…
