Słuchaj, my tu z całą rodziną pomyśleliśmy: po co twoja działka ma się marnować w zimie? Na ferie noworoczne przyjedziemy z dzieciakami. Powietrze świeże, górka do zjeżdżania blisko, saunę się rozpali… Ty, Jolka, i tak wiecznie tyraś w biurze, a Franek potrzebuje odpoczynku, ale z wami nie chce jechać, twierdzi, że się w końcu wyśpi. Tak więc dawaj klucze, bo jutro rano podjeżdżamy rozbrzmiał w telefonie głos siostry Franka, Grażyny, tak donośny i protekcjonalny, że Jolanta aż musiała odsunąć aparat od ucha. Stała na środku kuchni, wycierała świeżo umytą miskę i próbowała to ogarnąć. Bezczelność szwagrów już dawno przeszła rodzinną legendę, ale takiej bezceremonialności nawet się nie spodziewała.
Zaraz, Grażka, moment… Jolanta mówiła bardzo powoli, żeby nie puściły jej nerwy. Z kim ty wszystko ustaliłaś? To nie jest ośrodek wypoczynkowy tylko NASZ dom. W ogóle sami mieliśmy tam jechać!
No daj spokój! Grażyna przełknęła coś po drugiej stronie słuchawki. Franek mówił mojej mamie, że siedzicie w domu przy telewizorze. Macie tam dwa piętra, miejsca co niemiara. Nawet jakbyście przyjechali nie będziemy przeszkadzać. Ale najlepiej, żebyście nie przyjeżdżali, bo my mamy swoją ekipę, wiadomo, impreza, grill, muzyka… Ty Jolka z tymi swoimi książkami byś się tylko nudziła.
Jolanta aż poczuła, że policzki jej płoną. Przed oczami stanęła scena: Grażyna z mężem Mirkiem, miłośnikiem disco polo i wódki, dwóch nastoletnich kuzynów, co nie uznają słowa nie wolno, i biedna działka, w którą Jolka przez pięć lat pakowała każdy grosz i całe serce.
Grażyna, nie ma opcji ucięła Jolanta. Kluczy nie dam. Tam nie tak łatwo się obsługuje ogrzewanie, z szambem wieczne cuda… I nie zamierzam wpuszczać tam zgrai znajomych.
My zgraja? aż zapiszczała szwagierka. Rodzona siostra Franka, bratankowie! Z tej księgowości to już zupełnie skamieniałaś? Zaraz zadzwonię do mamy i powiem, jak rodzina mile widziana!
W słuchawce zabrzmiało kilka dźwięków, jak strzały z pistoletu. Jolanta powoli odłożyła telefon. Ręce jej się trzęsły. Wiedziała, że to dopiero początek zaraz wjadą ciężkie działa, czyli teściowa, pani Barbara, i rozpoczną prawdziwe oblężenie.
Franek pojawił się w kuchni po minucie, z uśmiechem i poczuciem winy. Oczywiście wszystko słyszał, ale wolał przeczekać w salonie, licząc, że żona sama ogarnie sprawę.
Jolciu, no mogłaś trochę łagodniej… zaczął delikatnie i chciał ją objąć.
Jolanta strząsnęła jego rękę, spojrzała mu w oczy i powiedziała takim tonem, że Franek aż się cofnął.
Franek, pamiętasz zeszły maj?
Franek skrzywił się jak po zgryzieniu cytryny.
Nooo, bywało…
Bywało?! Przypomnę ci: mieli wpaść na dwa dni na grilla. Efekt? Połamana jabłoń, którą mój tata sadził. Dywan z salonu spalony w kilku miejscach, tydzień pucowałam, zostały plamy. Góra brudnych garów, bo Grażyna ma manicure, a ty masz zmywarkę, tylko zmywarki nie umieli włączyć i wrzucili do środka wszystko z resztkami żarcia zatkało ją! A rozbita waza? Zmasakrowane piwonie?
No dzieciaki… Bawiły się… Franek zaczął studiować wzorek na obrusie.
Dzieciaki? Piętnastoletni Twój bratanek i trzynastoletnia bratanica już nie nadają się do piaskownicy. Doskonale wiedzą, co robią. A wtedy w saunie rozpalili na czarno, zapomnieli przesłonkę otworzyć! Surowo tam jeszcze raz ich wpuścić? I to na tydzień i zimą?
Ale Mirek obiecał, że będzie pilnować…
Owszem, pilnować, żeby wódka się nie skończyła! rzuciła Jolanta i demonstracyjnie odwróciła się do okna. Nie, Franek. Powiedziałam: nie. To mój dom. Prawnie i praktycznie. Włożyłam tam wszystkie oszczędności z mieszkania po babci. Każdy gwóźdź znam. Nie zamierzam zrobić z tego chlewu.
Wieczór upłynął pod znakiem napiętej ciszy. Franek próbował ogłuszać telewizorem, ale się poddał i poszedł spać. Jola została w kuchni z zimną już herbatą, rozmyślając, jak razem remontowali dom.
To nie była zwykła działka. To był jej azyl. Stary domek po rodzicach przez trzy lata remontowali własnymi siłami. Jolka oszczędzała na wszystkim: ubrania nie kupowała, nad morze nie jeździła wszystko szło w materiały. Sama szlifowała bale, malowała ściany, szyła zasłony, wybierała kafelki do kominka. To był azyl od miejskiego zgiełku i nerwówki w pracy. Dla rodziny męża to była po prostu darmowa baza z wszelkimi wygodami.
W sobotę ktoś zadzwonił do drzwi. Jola zerknęła przez wizjer i tylko westchnęła. Przyszła Pani Barbara, cała w szczycie: futrzana czapka, szminka, torba wypełniona zakupami, z której wystawał ogon mrożonego szczupaka.
Otwieraj, Jola! Pogadać musimy! oznajmiła teściowa z impetem, bez ceregieli.
Jolka otworzyła. Teściowa wślizgnęła się do przedpokoju jak lodołamacz na Bałtyku. Franek od razu wybiegł z pokoju, „szczęśliwy” i trochę przerażony:
Mamo! Czemu nie zadzwoniłaś?
Do syna już się trzeba zapisywać? parsknęła Pani Barbara, rzucając futro na ręce Franka. Stawiajcie herbatę. I walerianę, bo przez was już dwa dni serce mnie kłuje.
W kuchni rozsiadła się jak przewodnicząca komisji rewizyjnej. Jola postawiła kubki i pokroiła ciasto, bo i tak już wiedziała, co ją czeka.
No, powiedz w końcu, synowo, co ci Grażynka zawiniła? Rodzona siostra twojego męża, krwi nie przelali. Grzecznie prosili: klucze, chcą odpocząć. U nich remont, dzieci duszą się gipsem, a u was pałac stoi pusty. Uważasz, że ci żal?
Pani Barbaro spokojnie odpowiedziała Jolanta patrząc teściowej prosto w oczy po pierwsze, to nie pałac, tylko dom, który wymaga ciągłej opieki. Po drugie, Grażyna remontuje już piąty rok, a to nie powód, żeby okupować naszą własność. I po trzecie ja wciąż czuję zapach papierosów w zasłonach po ich ostatniej wizycie, choć prosiłam nie palić w domu.
Przesadzasz, najwyżej wietrzyć trzeba! machnęła ręką teściowa. Zbyt dużo cenisz rzeczy, a nie ludzi to się nazywa drobnomieszczaństwo! My Franka wychowaliśmy na porządnego, szczodrego człowieka, a ty robisz z niego sknerę. Działki do grobu nie weźmiesz!
Mamo, ale Jola w ten dom dużo pracy włożyła… nieśmiało bąknął Franek.
Zamilcz! uciszyła go matka. Pantoflarz! Żona robi z tobą, co chce. A siostra z bratankami mają na mrozie marznąć? Mirek ma urodziny trzeciego stycznia, czterdziestka piątka! Zabrali już mięso, napoje, wszystko umówione. A dla was co? Odmówić i na pośmiewisko się wystawić?
To nie moja sprawa, że zaprosili gości do nie swojego domu, nawet nie pytając nas o zgodę powiedziała stanowczo Jola. To się nazywa brak kultury, Pani Barbaro.
Teściowa aż poczerwieniała. Zazwyczaj jej energia rozjeżdżała każdego, a Franek już dawno odpadł, gdy nadjeżdżał parowóz matki. Ale Jolka nie była żelką.
Brak kultury?! złapała się teatralnie za serce. No nie, ja ją akceptowałam jak córkę, a ona… Franek, słyszysz, jak ona mówi do matki? Jeśli kluczy Grażynie nie dasz, to ci nie wybaczę! Nogi mojej w tym domu nie będzie!
I tak Pani tu nie bywa, grządek Pani nie lubi, nie wytrzymała Jola.
Ty żmijo! teściowa aż się zerwała, przewracając krzesło. Franek, dawaj klucze, sama przekażę! To ty tu rządzisz, czy jak?
Franek popatrzył na żonę, potem na matkę. Rozdzierało go jak worek z ziemniakami. Bał się gniewu matki (dziecinna trauma), ale żonę też kochał a działki szczerze mu było szkoda. Sam pamiętał, jak naprawiał schody po akcjach Mirka w deszczu z grillem.
Mamo, klucze ma Jolka… i… może my sami pojedziemy…
Kłamiesz! ryknęła teściowa. Słuchajcie. Grażyna jutro wpadnie rano. Klucze mają leżeć na stole. Nawet instrukcję napiszcie, jak piec odpalić. Inaczej, Franek, nie masz matki. A ty, Jolka, pamiętaj świat jest mały!
Teściowa wyszła, trzaskając drzwiami. Zapanowała grobowa cisza, tylko zegar brzęczał na ścianie.
Nie oddasz ich? zapytał po pół godzinie Franek szeptem.
Nigdy odparła Jolka. I poza tym, Franek. Jutro jedziemy na działkę. Sami.
Ale nie planowaliśmy… Ty miałaś zrobić raporty!
Plany uległy zmianie. Jak nie zajmiemy domu, przejmą go szturmem. Znam twoją siostrę. Potrafi nawet oknem włazić, jak jej się coś podoba. A jak my tam będziemy, będą musieli odpuścić.
Jolka… to już prawie wojna…
Obrona granic, kochanie. Pakuj walizki.
Wyjechali jeszcze przed świtem. Miasto wyglądało ślicznie w świątecznych ozdobach, ale małżeństwo świątecznych nastrojów nie miało. Franek nerwowo zerkał na wyciszony telefon, Jola nawet nie chciała go słyszeć.
Podróż trwała półtorej godziny. Osiedle spało pod grubą warstwą śniegu. Domek z jasnych bali pod śniegiem wyglądał jak makieta z ilustracji książki Jola odetchnęła. Tu była bezpieczna.
Rozpalili piec, podkręcili podłogowe ogrzewanie. Jola wyjęła z pawlacza ozdoby choinkowe. W południe w domu pachniało igliwiem i mandarynką. Napięcie powoli schodziło. Franek wyszedł z łopatą odśnieżać, nawet był zadowolony. On też tego potrzebował, tylko wstydził się przyznać.
Piorun strzelił o trzeciej.
Za bramą zawył klakson. Jola spojrzała przez okno dwie fury. Stary terenowy Mirka i jakieś kombi. Z samochodów wysypała się ekipa Grażyna w jaskrawym puchu, Mirek w rozpiętej kurtce, dzieci, nieznana para z rottweilerem bez kagańca. I Pani Barbara, dowódca osobisty.
Franek znieruchomiał z łopatą pośrodku podwórka.
No, witajcie, gospodarze! Goście przyjechali! wrzasnął Mirek, a jego głos rozbrzmiał po całym osiedlu.
Jola narzuciła kurtkę, wciągnęła walonki, wyszła na ganek. Franek stał sztywno przy furtce.
Franek, no otwieraj, zamarzamy! darła się Grażyna, szarpiąc klamkę. Jolka, co ty tam grzebiesz w domu? Zrobiliśmy wam niespodziankę! To nawet lepiej, że jesteście będzie głośniej!
Jola podeszła do męża, położyła mu rękę na ramieniu i głośno powiedziała:
Dzień dobry. My żadnych gości nie zapowiadaliśmy.
Oj przestań się tak wygłupiać! machnął ręką Mirek, od którego już przez płot czuć było alkohol. Szykowaliśmy imprezę! Mamy mięcho, zgrzewkę flaszek! O, poznajcie Tośka z żoną, psa mają, spokojny jest, nie gryzie. Dawaj, Franek!
Psa? Jola zobaczyła, jak rottweiler obsikuje jej ukochaną tuję, którą na zimę owijała agrowłókniną. OD PSTRYKA psa od moich roślin!
No co, to tylko drzewko! ryknęła Grażyna śmiejąc się. Otwierajcie, dzieci muszą do toalety!
Toaleta jest stacja benzynowa pięć kilometrów stąd powiedziała sucho Jola. Wczoraj wyraźnie mówiłam: działka zajęta. Jest nas dwoje. Miejsca dla dziesięciu osobników i psa nie ma.
Po drugiej stronie płotu zrobiło się cicho. Bliscy próbowali ogarnąć sytuację. Zawsze uważali, że atak z zaskoczenia, jeszcze z mamą, to pewniak.
Co ty, nie wpuścisz nas? wściekłość w głosie Pani Barbary była wyraźna. Matkę własną na mrozie zostawisz? Franek?! Powiedz żonie!
Franek spojrzał na Jolę w oczach błagał o łaskę.
Jolka, no… już przyjechali…
I co z tego, Franek? Jola spojrzała mu twardo w oczy. Jak otworzysz furtkę, za godzinę będzie tu pijacki cyrk. Pies rozkopie ogródek i nasika na dywan, dzieciaki zdemolują poddasze, Grażyna zacznie mnie uczyć gotować bigos w mojej kuchni, a Mirek zajmie się fajkami w salonie. Nasze święta znowu szlag trafi. Tego chcesz? Albo spokój z żoną. Decyduj TERAZ.
Franek spojrzał na awanturującą się za płotem rodzinę. Mirek kopał auto, Grażyna wrzeszczała bezduszna zarazo, dzieci naparzały śnieżkami w okna domu, Pani Barbara teatralnie łapała się za serce.
I nagle Franek przypomniał sobie, jak to w maju przez trzy dni naprawiał huśtawkę. Jak czuł wstyd za spalony dywan. Jak chciał po prostu grzać się przy kominku z książką, a nie biegać po cole i lufę dla Mirka.
Wyprostował się, podszedł do furtki i powiedział nie za głośno, ale stanowczo:
Mamo, Grażyna. Jola ma rację. Uprzedzaliśmy, że kluczy nie będzie, gości nie zapraszamy. Proszę jechać.
Słucham?! ryknęli chórem.
To, co słyszeliście. To mój dom również. I nie chcę z tego robić remizy. Proszę wracać.
Ty… ja ci… zaczął Mirek, próbując wsadzić rękę przez płot.
Idź stąd, Mirek Franek wygodniej chwycił łopatę. Zadzwonię po ochronę. Tu w osiedlu patrol jeździ.
My OBCY?! zadławiła się teściowa. Będziesz po matkę dzwonić na ochronę?! Żebyś zdechł, judaszu! I ta twoja żmija razem z tobą! Nigdy więcej nas tu nie zobaczycie!
Chodźmy stąd! zawołała Grażyna, szarpiąc Mirka. Oni są nienormalni! Jedziemy do Tośka, przynajmniej ludzie mili!
No, choćcie ponaglił nieśmiało Tośek. U mnie z piecem, ale damy radę!
Autami zarzuciło na śniegu, powoli odjechali w siną dal. Grażyna przez okno pokazała Joli środkowy palec (klasyka rodzinna). Pani Barbara siedziała obrażona i lodowato gapiła się przed siebie.
Po pięciu minutach znów było cicho. Jedynie żółta plama na agrowłókninie pod tują przypominała o rodzinie.
Franek oparł łopatę i usiadł ciężko na schodkach.
O rany, co za wstyd… matka własna…
Jola usiadła obok i przytuliła się do jego ramienia.
To nie wstyd, Franek. To dorosłość. Pierwszy raz naprawdę broniłeś NASZEJ rodziny. Nie ich klanu tylko nas obu.
Ona mi tego nie wybaczy.
Wybaczy, kiedy znowu czegoś będzie potrzebowała. Leki, pomoc z remontem. Tacy są, Franek. Długo focha nie pociągną, jeśli im się to nie opłaca. Ale już będą wiedzieć, że tu jest granica. Bez pytania nie wlatuje się z bandą. Zaczną cię szanować. Tylko daj im czas.
Myślisz?
Jestem pewna. A jak nie, to przynajmniej my będziemy mieć spokój. Chodź do środka, bo się przeziębisz. Zrobię ci grzańca.
Weszli do ciepłego domu. Jola zasunęła zasłony, odcinając ich maleńki świat od zimna i żółci zza okien. Wieczorem siedzieli w ciszy przy kominku, patrzyli w ogień. To była cisza pełna spokoju i pokory nie cisza obrazy.
Przez trzy kolejne dni żyli jak na innej planecie. Spacery w lesie, grill tylko dla siebie, sauna, książki. Telefony milczały rodzina ogłosiła bojkot.
Trzeciego stycznia, jak Jola przewidziała, przyszła do Franka wiadomość od Grażyny. Żadnych przeprosin, tylko zdjęcie: jakiś barak, piecyk koza, dookoła skrzynki z wódką i rozbawione twarze. Podpis: My się tu dobrze bawimy, a wy zazdroście!.
Jola zerknęła na zdjęcie, na wiecznie tłusty stół, zapuchniętego Mirka, potem spojrzała na śpiącego w fotelu męża z książką na brzuchu świeżego, wyspanego, spokojnego po raz pierwszy od miesięcy.
Nie ma czego zazdrościć, Grażka szepnęła i usunęła wiadomość, by nie budzić Franka.
Tydzień później, po powrocie do miasta, Pani Barbara sama zadzwoniła. Głos miała suchy i zraniony, ale poprosiła Franka, żeby zawiózł ją do przychodni. O działce nie było ani słowa. Granica została wyznaczona. Teraz już tylko czasem bywały na niej drobne incydenty graniczne, ale twierdza oparła się bez szwanku.
Jolanta zrozumiała pewne rzeczy: czasem trzeba być czarnym charakterem dla innych, żeby pozostać porządnym człowiekiem wobec siebie i własnej rodziny. A klucze od działki już nie leżą na komodzie w przedpokoju, tylko w sejfie. Na wszelki wypadek.

