Skąd brat mojej babci, wujek Leszek, przywiózł ogromnego owczarka niemieckiego – nie wiedział nikt. Po prostu pojawił się na jego podwórku. Potężny i silny, był przerażający. Drzwi do domu wujka Leszka nigdy nie były zamknięte, nikt nie wchodził na podwórko, bano się nawet podejść do bramy.
Reksa bali się wszyscy – sąsiedzi, dzielnicowy, a nawet weterynarz. Kłócili się z wujkiem Leszkiem, dlaczego nie trzyma go na łańcuchu. Kiedy wujek Leszek szedł ulicą z Reksem, wybiegali ludzie z sąsiednich domów i krzyczeli: „Ratujcie dobrzy ludzie, Leszek z Reksem idą”. I ludzie wybiegli, zabrali z zakurzonej drogi gęsi, kaczki, prosięta, owce i inne zwierzęta i chowali na podwórkach. Kto wie, do czego Reks był zdolny – jednym spojrzeniem powstrzymał rozwścieczonego byka.
W tamtym czasie miałem pięć lat, a Reks sześć. Zapomnieli mi powiedzieć, że Reks był zły, kiedy pojechaliśmy do mojej prababci. Piękny, kudłaty niczym wielki niedźwiedź, Reks z nieznaną mi siłą przyciągnął mnie do siebie. Wrzuciłem na wpół zjedzoną zupę z kawałkami wieprzowiny i skórkami chleba do starej aluminiowej miski, przesunąłem furtkę, która wisiała na jednym gwoździu i udałem się na podwórko wujka Leszka.
Wyciągnąłem do psa miskę: „Masz, przyniosłem ci coś pysznego”. Duży Reks spojrzał na mnie swoimi pięknymi oczami, westchnął głośno jak krowa i natychmiast wszystko zjadł. Byłem małym niejadkiem, a Reks był dla mnie wybawieniem od mojej niezmiernie hojnej i gościnnej prababci. Tylko on i ja wiedzieliśmy, ile prawdziwego ukraińskiego barszczu, skórek z boczku, gotowanych jajek i naleśników z kwaśną śmietaną zniknęło w budce Reksa.
Byłem strasznie złośliwy i pewnego dnia zakradłem się do starego kościoła, gdzie przechowywano zboże, wdrapałem się na dzwonnicę i zacząłem dzwonić. Ludzie z całej wsi przybiegli. Byłem tak zmęczony, uszy mi się zatykały od głośnego dźwięku, ale dzwon zadzwonił dalej, na około 60 kilometrów. Przyszło bardzo dużo ludzi. Babcia zauważyła mnie na dzwonnicy i chwyciła wielki kij. Uciekłem od niej jak rozbrykany królik do domu prababci. Ale tam by mnie złapali. Och, jak ja nie chciałem paska…
Nie zastanawiając się długo, pobiegłem do wujka Leszka i wdrapałem się na ogromną budę do Reksa. Drogę zagradzał potężny Reks. Zdenerwowana babcia biegła za mną i prawie dogoniła mnie przy psiej budzie. Reks ryknął, zgrzytając zębami. Babcia nie bała się diabła. Poszła do Reksa. Na jej drodze stanął wujek Leszek.
– Nie waż się tknąć dziecka, Reks Cię rozerwie.
– Nie boję się.
– Reks kocha Twojego wnuczka jak te dwa szczeniaki.
I babcia, która nigdy się nie bała, wycofała się.
Na drugi dzień przyszła do budy Reksa i powiedziała: „Wyłaź, nic ci nie będzie, chodźmy jeść barszcz”. I wyszedłem. Cały ten pyszny, bogaty barszcz niosłem w starej misce dla Reksa. Wszyscy milczeli, nikt mi nie zabraniał.
W zeszłym roku przyjechaliśmy do wioski Reksa w czerwcu, w strasznym upale. Nie kryjąc się przed nikim, biegliśmy z Reksem zakurzoną drogą przed siebie, potem, przez pole kukurydzy, aż dotarliśmy na łąkę.
Tam, w trawie na łące, opierając swoją wielką szarą głowę na moich kolanach, mój słodki Reks zasnął na zawsze. A ja dalej gładziłem jego sierść i wyrywałem między palcami łopian. Chmury płynęły, koniki polne ćwierkały, wiatr szeleścił. Całowałem siwowłosą piękną twarz i wierzyłem, że gdzieś tam, daleko znów będzie czekało go szczęście i gdzieś narodzi się na nowo. A serce czyjegoś dziecka ogrzeje się od jego miłości…



