— Synu…
— Przepraszam, ale nie jestem pani synem. Niech pani tak do mnie nie mówi. Nazywam się Krzysztof.
— Krzysztof… Krzysiu… Synu!
Barbara Janówna podniosła głowę i z żalem spojrzała w twarz mężczyzny stojącego obok. W jej głosie było tyle nadziei, błagania i rozpaczy, ale Krzysztof stał nieruchomo, jakby słowa Barbary Janówny nie robiły na nim żadnego wrażenia.
— Prosiłem, żeby mnie tak nie nazywać.
— Ale ja jestem twoją matką! Twoją prawdziwą matką!
— Za późno sobie o tym przypomniałaś.
Krzysztof patrzył na kobietę siedzącą na ławce i przypominał sobie dzieciństwo. Wspomnienia były bolesne, mimo że od dnia, gdy ostatni raz widział matkę, minęło ponad trzydzieści lat. Trzydzieści lat! Praktycznie pół życia, wydawało się, że już nigdy się nie spotkają, nie zamienią słowa, a jednak los zdecydował inaczej.
Dwa dni temu Krzysztof odebrał telefon z nieznanego numeru. Najpierw nie chciał podnosić słuchawki, podejrzewając oszustów albo nachalnego telemarketera, ale coś podpowiedziało mu, że to nie jest zwykły telefon.
— Słucham — powiedział sucho i stanowczo. — Proszę mówić.
W słuchawce rozległ się szelest i obce odgłosy. Krzysztof już miał się rozłączyć, gdy usłyszał niepewny kobiecy głos.
— To ja, witaj.
— Kto to „ja”? — zapytał zmieszany, czując, jak w gardle zatyka mu się powietrze. — Proszę mówić!
Serce zamarło mu w piersi, gotowe wyskoczyć na zewnątrz. Nieprzyjemne uczucie, chciał przerwać tę rozmowę, ale powstrzymał się i przytulił telefon jeszcze mocniej do ucha.
— To ja, twoja mama.
W oczach Krzysztofa pociemniało. Najpierw ogarnęła go silna pokusa, by rzucić słuchawkę i od razu zablokować numer. Ale po głębokim wdechu zdołał odpowiedzieć:
— Nie mam matki. Pani się pomyliła.
Słowa wyleciały z niego niekontrolowane, pełne emocji. Rozłączył się i przez kilka minut bezmyślnie wpatrywał się w ekran telefonu, odpędzając wspomnienia, które nagle go zalały. Miał nadzieję, że ten krótki dialog się nie powtórzy, ale się mylił.
Telefon znów zadzwonił. Matka była uparta, a Krzysztof już nie wątpił, że to ona. Barbara Janówna zawsze była wytrwała w dążeniu do celu, a jeśli postanowiła się z nim skontaktować, to nie dała za wygraną.
— Już wszystko powiedziałem — odparł szorstko, choć w środku wrzał od emocji. — Niech pani więcej nie dzwoni.
— Proszę cię o jedno spotkanie! Tylko jedno! Wysłuchaj mnie!
— Skąd pani ma mój numer? — spytał, zwracając się do niej per „pani”. To było dziwne, ale inaczej nie potrafił. Dla niego Barbara Janówna wciąż była obcą kobietą. Wykreślił ją z życia dawno temu i nie zamierzał tego zmieniać.
— Dała go ciocia Jadwiga, moja siostra.
Krzysztof skrzywił się. Matka i tu postawiła na swoim. Jadwiga Janówna nigdy nie podałaby numeru siostrze, ale widocznie ta potrafiła ją przekonać. Typowa przyklejona!
— Nie chcę się spotykać — odparł. — Nie widzę w tym sensu.
— Dla mnie ma! — nalegała kobieta. — Tylko jedna rozmowa, synu!
W końcu się zgodził. Wiedział, że jeśli odmówi, matka pojawi się pod jego drzwiami, zaczepi dzieci, będzie nachodzić żonę. To było nie do zaakceptowania. Łatwiej było poświęcić pół godziny na tę rozmowę niż później się z nią użerać.
Barbara Janówna zniknęła z życia syna, gdy miał dziewięć lat. Przez kilka miesięcy po jej wyjeździe chłopiec czekał, że wróci. Całe dnie spędzał przy kuchennym oknie u cioci Jadwigi, prawie nie jadł, nie wychodził na podwórko. Ciocia krzyczała na niego, próbowała go opamiętać, ale Krzysztof był pewny, że mama go nie porzuci.
— Ona wróci! — krzyczał, rozcierając łzy po policzkach. — To moja mama! Ona mnie kocha!
— Krzysiu, twoja matka nie kocha nikogo poza sobą. Kiedyś to zrozumiesz.
Wtedy nienawidził cioci Jadwigi. Myślał, że to przez nią matka uciekła z miasta, zostawiając go samego. Dopiero po latach był wdzięczny Jadwidze Janównie za wszystko, co dla niego zrobiła. Zresztą ciocia zawsze mówiła prawdę o swojej siostrze, nawet jeśli była bolesna.
Barbara od młodości była piękna i pewna siebie. Wiedziała, ile jest warta, umiała kokietować mężczyzn, przyciągała ich uwagę, ale nikogo nie dopuszczała zbyt blisko. Jednym z wybranych okazał się ojciec Krzysztofa.
Jan Kazimierz był żonaty, miał dwoje dzieci, kochającą żonę i wysokie stanowisko. Te fakty nie powstrzymały dwudziestopięcioletniej Barbary przed uwiedzeniem go. To, że miał pieniądze i kontakty, było dla niej największym atutem.
Różnica wieku też jej nie przeszkadzała. Jan Kazimierz był od niej starszy o trzydzieści lat, ale był zakochany, więc starał się wyglądać młodziej. Otoczył ukochaną troską, opieką i – przede wszystkim – finansami. Wynajął dla Barbary mieszkanie, dzięki czemu wreszcie mogła wyprowadzić się od siostry.
— Na czyimś nieszczęściu szczęścia nie zbudujesz — ostrzegała ją Jadwiga, ale Barbara tylko machnęła ręką.
— Co ty tam wiesz o życiu! — prychnęła. — Samą ciebie mąż zostawił, a teraz udajesz ekspertkę. Daj spokój!
Żeby na dole przywiązać Jana do siebie, Barbara zaryzykowała. Zaszła w ciążę i oświadczyła, że ją usunie i zerwie z nim, jeśli on nie podejmie radykalnych działań. Przez „działania” rozumiała rozwód i ślub.
Jan Kazimierz bardzo się denerwował, bał się tej rozmowy z żoną, aż w końcu nagle zmarł na atak serca. Nie wytrzymał stresu. Barbara została z niczym.
Na aborcję było za późno – ciąża była już w piątym miesiącu. Przez cały ten czas Jan obiecywał jej „jutro”. Ślubu nie było, Barbara musiała urodzić.
— Nienawidzę go! — krzyczała, gryząc wargi, a Jadwiga nigdy nie zrozumiała, kogo właściwie nienawidziła – czy zmarłego Jana, czy swojego przyszłego syna.
Krzysztof dorastał jako niechciane dziecko. Barbara Janówna uważała go za przeszkodę, zawadę, która pląta się pod nogami iKrzysztof odszedł, nie oglądając się za siebie, a Barbara Janówna zostawiła na ławce w parku, samotna jak zawsze, zrozumiawszy w końcu, że niektóre błędy nie dają się naprawić.



