– Jak miło było kiedyś, kiedy nie było plastikowych kart i kodów kreskowych. – Westchnęła smutno siedząca w autobusie kobieta, zwracając się do siedzącej obok niej znajomej.
Autobus był wypełniony po brzegi. Byłam tak stłoczona, że unosiłam się nad kobietami siedzącymi przede mną i przypadkowo podsłuchałam ich rozmowę.
– To prawda… Pod koniec lat 90. pracowałam w sklepie spożywczym. Szczególnie podobały mi się zmiany nocne. Gdy tylko właścicielka odebrała utarg i poszła do domu, natychmiast zmieniałam metki z cenami, czyniąc je o złotówkę lub dwie droższymi. W ciągu jednej nocy, mogłam osiągnąć przyzwoity zysk. Potem, wczesnym rankiem, zwracałam właścicielce metki ze starymi cenami i nikt niczego nie podejrzewał. Teraz nie da się w ten sposób zarobić pieniędzy.
– Dlaczego jest to dla Ciebie takie skomplikowane? – Ja i moja koleżanka, kiedy pracowałyśmy w sklepie w nocy, bardzo to sobie ułatwiałyśmy. Na małym targu hurtowym, kupowałyśmy po trochu najpopularniejszych towarów i sprzedawałyśmy swoje, a nie właściciela. Oczywiście starałyśmy się, aby średni zysk był na normalnym poziomie. Pytałyśmy inne ekspedientki na zmianie, ile udało im się sprzedać i utrzymywałyśmy się w tej samej kwocie, aby właściciele nic nie podejrzewali.
– Co mieliście w sklepie, głównie alkohol i czekoladki?
W tym momencie, stojąca obok mnie starsza kobieta, przerwała dyskutującym panią, które były nieświadome, że wszyscy je słyszeli:
– Nie wstyd Wam nawet opowiadać takiej historii przy całym autobusie?
– Dlaczego miałybyśmy się wstydzić? – Trzeba było spróbować przeżyć za pensję jednego sprzedawcy, a potem byłoby wstyd! Chodź, Grażynko, to jest nasz przystanek” – Kobiety wstały i udały się w kierunku drzwi wyjściowych.



