Kiedy byłam nastolatką, przygarniałam psy ze schroniska, ponieważ bardzo lubiłam zwierzęta. Szczególnie lubię psy, uważam że są to najbardziej lojalni i szczerzy przyjaciele. Lepsi, niż jakikolwiek człowiek.
Jako osoba dorosła, pracująca w firmie i wracająca do domu z dwoma psami, nadal odwiedzam pobliskie schronisko dla bezdomnych zwierząt. Znam tam wielu ludzi od czasów, gdy byłam nastolatką i dobrze dogaduję się ze zwierzętami. Uwielbiam je karmić, zarówno koty, jak i psy bardzo się cieszą, kiedy wkładam im jedzenie do misek.
W schronisku jest jednak jeden pies, który już od ponad czterech miesięcy zajmuje jedną z klatek. Został złapany na ulicy, gdzie błąkał się sam, bez właściciela i straszył ludzi, wyciągając do nich łapę. Nie potrafię sobie wyobrazić, kogo mogłoby to przestraszyć. Pies nie jest szczególnie duży i czystej krwi, a poza tym, nie jest już młody, niewiele osób interesuje się nim, gdy przychodzi do wyboru zwierzęcia. Nadal jednak uparcie wychodzi do ludzi, szukając wśród nich swojej nowej rodziny. Zawsze się kulę w sobie, kiedy przechodzę obok, a on natychmiast skacze i wyciąga do mnie łapę przez klatkę. Czasami delikatnie ściskam go z powrotem, jakby to był nasz uścisk dłoni, a on patrzy na mnie z taką nadzieją, że jest to niezręczne.
Chyba nigdy nikt go nie przygarnie, a ja sama mam w domu dwa duże psy i nie mam miejsca na trzeciego. To po prostu smutne, że tak wierny pies, pragnący znaleźć prawdziwy dom, jest nadal ignorowany.



