Czasami, aby rozwiązać konflikt między ludźmi, potrzebny jest świeży, zewnętrzny punkt widzenia, niejako arbiter. Historia, którą chcę Wam opowiedzieć, jest tego przykładem.
Miejscowość, w której obecnie przebywam, była kiedyś duża. Wcześniej żyli tutaj nasi dziadkowie, a my każdego lata odwiedzaliśmy ich z przyjaciółmi. Stopniowo wieś pustoszała, starsi mieszkańcy umierali, a młodzi ludzie nie chcieli przyjeżdżać tu na stałe.
Domy były sprzedawane jako domy letniskowe, nie było już żadnych tubylców. Wiele domów, nie doczekawszy się nowych właścicieli, stało pustych. Na naszej ulicy było takich wiele – właściciele domków letniskowych chcieli mieszkać w centrum, bliżej przystanku autobusowego.
Z czasem na wielu opuszczonych działkach zawaliły się płoty i nikt nie mógł jednoznacznie stwierdzić, gdzie kończy się jedna działka, a zaczyna druga. Samochody rzadko pojawiały się na naszej ulicy, więc dźwięk silnika i szelest opon przykuł moją uwagę.
Wyszłam na zewnątrz, aby zobaczyć, kto przyjechał. Przed jednym z opuszczonych domów stał zagraniczny samochód. Po posesji przechadzała się starsza, ale dość krzepka para. Kobieta wymachiwała rękami, mówiąc coś energicznie, a mężczyzna z trudem za nią nadążał.
Przez kilka minut wpatrywałam się w tę scenę, po czym postanowiłam podejść i sprawdzić, co się dzieje. Okazało się, że są to dalecy krewni kobiety, która mieszkała w tym domu i dawno temu zmarła. Żyli w mieście, a tutaj postanowili zbudować domek letniskowy. Uwierzcie mi, cieszyłam się, że na naszej ulicy będzie więcej mieszkańców.
Kilka dni później prace na działce obok szły pełną parą. Sąsiedzi zaczęli od postawienia ogrodzenia. Po starym ogrodzeniu nie pozostał ani ślad, tylko kikuty słupków. Kierowali się nimi przy ponownym grodzeniu działki.
Latem zdążyli pomalować dom, a w ogrodzie warzywnym stworzyli równe grządki. Byli bardzo mili – stale dostarczali mi świeże warzywa, więc bardzo cieszyłam się na ich widok.
Następnego lata, jak zwykle, zamieszkałam w domku. Pracuję zdalnie jako programista, najważniejsze dla mnie jest posiadanie Internetu, a z tym nie było problemu.
Sąsiedzi już tam byli. Ich praca, sądząc po wynikach, rozpoczęła się wczesną wiosną. Zdążyli już postawić szklarnię, w której coś się zazieleniło, zasadzili też kwietniki. Przywitaliśmy się radośnie.
Dźwięk silnika odwrócił naszą uwagę od tego uścisku. Ulicą jechał samochód, który zatrzymał się przed domem sąsiada. Kobieta w średnim wieku wyjrzała przez okno samochodu, aby zapytać o adres. Okazało się, że to nasi kolejni nowi sąsiedzi! Byłam zachwycona, wioska powoli ożywała!
Nowi sąsiedzi, tak jak poprzedni, z radością oglądali nową działkę, aż natknęli się na płot, który został zbudowany rok temu. Wyciągnęli metr, a cała nasza trójka przyglądała się im w milczeniu.
Odwróciwszy się, para ruszyła zdecydowanie w naszą stronę.
– Dlaczego ogrodzenie znajduje się na naszej ziemi? – rozmowę rozpoczęła kobieta.
– Dlaczego akurat na Waszej? Płot zbudowaliśmy na starych słupkach.
– Mamy w ręku plan tego miejsca. Przesunęliście płot o pół metra w stronę naszego domu!
Co za bałagan! Kobiety wdały się w prawdziwą awanturę, a mężczyźni patrzyli i spokojnie palili papierosy. Od razu przypomniały mi się słowa: „Nie chcemy ani centymetra cudzej ziemi, ale nie oddamy też ani centymetra naszej”.
W końcu zmęczyło mnie słuchanie ich krzyków.
– Walczy Pani o kawałek ziemi! Niech Pani powie, jak często zamierza Pani tu przyjeżdżać? – odwróciłam się do mojej nowej sąsiadki.
– Nie zamierzam. Kupiliśmy dom, aby przekazać go w spadku dla naszych dzieci – zamyśliła się kobieta.
Od tamtego momentu zapanowała zgoda. Wszyscy postanowili nie ruszać płotu, ale zbudować dużą altanę i spotykać się wieczorami przy herbacie.



