15 sierpnia 2008, Nałęczów
Czasem nie mogę uwierzyć, ile może się zmienić w życiu w ciągu paru miesięcy. Ale dziś, kiedy patrzę na naszą rodzinę, wiem, że los potrafi zaskoczyć nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko już stracone.
Ostatnie pół roku było dla mnie jak droga przez mgłę. Odkąd nieoczekiwanie odszedł mój mąż, codzienność stała się ciężarem nie do udźwignięcia. Remont mieszkania, oszczędności skrzętnie odkładane przez lata, plany na przyszłość wszystko się posypało. Zostałam sama z dwoma dorastającymi synami, Michałem i Grzegorzem. Każdy dzień zaczynał się od walki ze łzami, kończył poczuciem pustki. Nawet gotować się nie chciało, nie mówiąc już o rozmowie z kimkolwiek.
Gdy w pracy zaproponowano mi wyjazd do sanatorium w Nałęczowie, stanowczo odmówiłam. Wyszłam tylko dlatego, że koleżanki nalegały:
Haniu, nie możesz tak się zadręczać. Dzieci potrzebują matki, a ty musisz zacząć żyć na nowo!
Z niechęcią spakowałam walizkę. Minęło ledwie czterdzieści dni od pogrzebu męża. Ból był zbyt świeży. W sanatorium dostałam pokój z Jagodą pełną życia, energiczną, radosną dziewczyną, której śmiech niósł się po całym korytarzu. Denerwowało mnie to jej szczęście, nie chciałam jej obarczać swoim smutkiem. Do Jagody przystawiał się miejscowy animator klasyczny typ, który w każdym sanatorium szuka łatwego romansu. Próbowałam ją ostrzec:
Uważaj na niego, pewnie w domu ma już żonę i gromadkę dzieci.
Jagoda tylko się śmiała:
Oj, Haniu, nie przejmuj się mną. Ja już swoje wiem.
Po tygodniu samotnego siedzenia w pokoju, kiedy ograniczałam się do czytania książek i gapienia w telewizor, obudziłam się nagle radosna. Okno, śpiew ptaków, las coś mnie do niego ciągnęło. Poszłam na spacer. Tam spotkałam nieznajomego.
Zauważyłam go wcześniej w stołówce niski, łysy, bardzo pewny siebie, z tym swoim przesadnie uprzejmym ukłonem. Zawsze taki nienaganny, w świetnie skrojonym garniturze, wyglądał trochę jak nauczyciel gry w szachy. I za każdym razem, gdy mijałam go podczas kolacji, wręczał mi drobny bukiet dzwonków.
W końcu przysiadł się do mnie do stołu.
Tęskni pani za kimś? zapytał aksamitnym głosem.
Odpowiedziałam sztywno, ledwie grzecznie. Po kilku wymianach zdań powiedział:
Mirek jestem.
Z trudem powiedziałam swoje imię: Hanna.
Od tej pory Mirek coraz śmielej mi towarzyszył: na wieczornych spacerach, podczas zakupów w miasteczku Z początku robiłam wszystko, by trzymać się na dystans. Przeszkadzało mi nawet, że jest ode mnie niższy. Ale jemu zdawało się to zupełnie nie przeszkadzać. Bez cienia żenady prosił mnie do tańca czy zapraszał na herbatę do swojego pokoju. Ja jednak nie chciałam przełamywać żałoby.
Aż przyszedł ostatni wieczór mojego pobytu. Zdecydowałam się odwiedzić Mirka w pokoju. Pięknie zastawiony stół, półmisek z jakimiś smakołykami. Skąd to wszystko? zapytałam żartem.
Trochę z restauracji, trochę sam przygotowałem odpowiedział z uśmiechem.
Nagle zapytał o adres i powiedział z nieśmiałością:
Zostaw mi swój adres, Haniu. Obiecuję, że do ciebie przyjadę.
Pewnie zapomnisz o mnie za dwa dni odpowiedziałam.
Wiesz, za co pijemy? Za miłość, Haniu, za miłość! powiedział, podnosząc kieliszek szampana.
Rano obudziłam się szczęśliwa. Żałowałam, że tak długo się przed nim broniłam. Wiem, zakochałam się jak nastolatka. Ale trzeba było wracać.
Jagoda płakała. Jestem w ciąży, Haniu. Nie wiem, od kogo… wyznała przez łzy.
Może ten animator? próbowałam dociec.
Nie wiem, spotykałam się jeszcze z jednym mężczyzną…
Boże, Jagoda, zadzwoń do rodziców, niech przyjadą poradziłam. Dziewczyna wybiegła z pokoju. Taka młoda, już musi mierzyć się z dorosłym życiem.
Pakowałam walizkę z ciężkim sercem. Nawet nie chciałam wracać do pustego mieszkania. Przez te dwadzieścia cztery dni wszystko mi tu spowszedniało i stało bliskie, zwłaszcza Mirek.
Przed sanatorium czekał już autobus. Mirek podszedł z bukietem dzwonków, mocno mnie przytulił i pożegnał. Szybko okazało się, że dalej będziemy tylko listować się dzieliły nas setki kilometrów. Z czasem odezwała się do mnie żona Mirka. Napisała, że o wszystkim wie, że jestem za stara na jej męża, że powinnam sobie darować. Nie odpowiedziałam. Po co?
Mijały miesiące. Nagle pewnego zimowego popołudnia zadzwonił dzwonek do drzwi. Michał otworzył. W korytarzu stanął Mirek zupełnie zaskoczony, speszony, znowu ten sam nieporadny urok.
Przepraszam, Hanuś, napisałem ci list, ale żona go znalazła. Rozwiedliśmy się… tłumaczył się niezdarnie.
Mirek, nie wiedziałam, że masz żonę. Gdybym wiedziała, nic by się nie wydarzyło przerwałam mu.
Zostańmy razem, Haniu. Wyjdź za mnie powiedział niespodziewanie.
Zdziwiłam się. Są jeszcze chłopcy… Trzeba ich zapytać.
Dzieci to skarb! ucieszył się Mirek. Mam też córkę, Agnieszkę, lat dziesięć. Jeśli pozwolisz, weźmiemy ją do siebie. Jej matka trochę popija…
Chwileczkę, Mirek! Zanim zaczniesz urządzać rodzinę, muszę ochłonąć. Pogadam z chłopcami, zobaczymy, co dalej. Na razie chodź, ugoszczę cię odpowiedziałam z półuśmiechem.
Do tej idealnej rodziny wcale nie było tak blisko. Były i awantury, i ciche dni, i rozstania, i powroty. Trudno łączyć losy różnych rodzin na nowo.
A czas nie stoi w miejscu. Michał i Agnieszka syn i córka Mirka zakochali się w sobie, wzięli ślub i oddalili się od nas. Narzekali, że nie powinniśmy, jako dorośli, burzyć rodzin. Uznali, że niektórych rzeczy nie da się odbudować po raz drugi. Wyprowadzili się na własne, wynajęte mieszkanie.
A ja z Mirkiem? Mimo wszystko, byliśmy nadal razem i ufaliśmy, że jednak warto kochać.
Minął rok, a nasze dzieci nie odzywały się. Agnieszka dzwoniła tylko w urodziny ojca. Po trzech latach zaprosili nas na obiad. Okazało się, że mają synka nasz wspólny wnuk! Jaką miałam wtedy radość! Przy świątecznym stole przeprosili nas, przyznali, że życie uczy pokory i wybaczania. I dlatego swojego syna nazwali Mirosław, aby w rodzinie zagościł prawdziwy pokój.
Tak sobie myślę los potrafi nagrodzić, nawet kiedy już nie ma się o co starać. Z Mirkiem odnaleźliśmy swoje na nowo narodzone szczęście.



