Ostatnio śniło mi się, że szłam ulicami Krakowa, gdzie bruk falował pod stopami jak ogromny, marmurowy dywan, a nad głowami migotały bańki mydlane zamiast chmur. Nagle zauważyłam kobietę w kremowym płaszczu, prowadzącą za rękę małą dziewczynkę Zosię, która ściskała lalę bez twarzy. Obie zdawały się sunąć w zwolnionym tempie, niewidzialne dla przechodniów. Krzyknęłam do niej: Magdo! bo tak miała na imię lecz ona przeszła obok, jak rozmycie we śnie.
Zatrzymałam ją jednak, a wtedy popatrzyła na mnie oczami, które wyglądały jak dwa słońca chowające się za chmurami. Najpierw uśmiech krótki, lekko drżący, potem na policzkach cień, jakby zgasło światło. Zapytałam ją, co się dzieje. Zawahała się, jakby czytała z kartki uwag rzuconych na wiatr, a potem nagle zaczęła mówić. Zdania leciały z jej ust jak kartki z powieści: Wyszłam za mąż z miłości. Wtedy świat był jak wata cukrowa i cukierki z odpustu, a on Leszek nosił mnie niemalże po ulicach Starego Miasta. Wieczory pełne były śmiechu, a poranki zapachu kawy i cynamonu. Po ślubie myślałam, że bajka będzie trwała dalej, lecz życie rozsunęło się jak firanki w oknie mojego dzieciństwa.
Kiedy urodziła się Zosia, wszystko zakręciło się niczym karuzela w wesołym miasteczku, tylko że wszystkim zaczęło się kręcić w głowie. Leszek pracował z domu, zamknięty w pokoju z komputerem, a płacz córki przebijał się przez ściany niczym sygnał radiowy. Mimo że byłam w domu na urlopie macierzyńskim, większość obowiązków spadła na mnie. On narzekał, że przeszkadzamy mu w pracy; czasem wybuchał gniewem jak czajnik, który za długo stał na gazie.
Gdy pieniądze ostygły w portfelu, Leszek postanowił, że muszę wrócić do pracy. Mówił, że babcia Wanda może zająć się Zosią, choć wiedział, że babcia zasypia nim jeszcze wybiła dwunasta. Przeszukiwał Internet, sprawdzał żłobki w każdej dzielnicy, liczył złotówki na śniadania i kolacje. Zabierał mi kartę do bankomatu, sam kupował jedzenie na targu przy Hali Targowej, sądząc, że wydaję za dużo, kupując słodką bułkę lub plaster miodu.
Uciekaliśmy z Zosią do parków, biegałyśmy wokół fontanny w Plantach, byle nie patrzeć na siebie przy obiedzie. Mieszkanie było ciasne od pretensji, jakby ściany parowały od nie wypowiedzianych słów.
Pośród szeleszczenia liści Magda spojrzała na mnie i zapytała: Co mam zrobić? A ja zupełnie nic nie umiałam jej doradzić. Rozwód nie wchodził w grę, bo ona kochała Leszka w jakiś sposób mistyczny, niepojęty, jak kocha się smak truskawek sprzed lat. Próbowała sobie wytłumaczyć, że dla Zosi lepiej mieć dwoje rodziców, choćby byli jak dwa zimne bieguny. Bolało ją, że ciągle słyszy o braku pieniędzy, że jej praca w domu to nie jest prawdziwa praca.
Żegnając się, rzuciłam tylko słowa, które ulatują w powietrze i nie zostawiają śladu: Magdo, trzymaj się, będzie lepiej, wszystko się ułoży. A potem obudziłam się, mając nadzieję, że Magda gdzieś w tym świecie, na innej planecie snu naprawdę znajdzie promyk słońca za chmurami.



