25 czerwca
Wracałem dziś z pobliskiego sklepu w naszym małym miasteczku z siatkami pełnymi zakupów. Ledwo doszedłem do bramy, dostrzegłem obcy samochód pod domem. Stanąłem jak wryty. Kto to może być? Przecież nikogo się nie spodziewałem pomyślałem. Pochyliłem się, by spojrzeć przez ogrodzenie, aż zobaczyłem młodego mężczyznę stojącego na podwórku. Przyjechał! wyrwało mi się mimowolnie i rzuciłem się, żeby objąć syna.
Tato, zaczekaj chwileczkę. Muszę ci coś powiedzieć przerwał mi niespodziewanie i odsunął się lekko. Co się stało, Bartku? zapytałem z niepokojem. Usiądź, proszę odpowiedział cicho Marek. Usiadłem na ławeczce pod starą gruszą i spróbowałem się przygotować na najgorsze.
Mieszkam już sam w małym, malowniczym miasteczku. Żona zmarła dwa lata temu. Jedyny syn, Marek, po skończeniu wojska i studiów wyjechał do Poznania, gdzie został inżynierem w fabryce. Wynajmował najpierw mieszkanie, a teraz całe życie się mu odmieniło. Ale szczegółów mi nie zdradzał.
Rzadko przyjeżdżał, do czasu aż kupił ten samochód. W zeszłym roku bywał częściej, wpadał znienacka, przywoził zakupy, ubrania, nawet się sprzeciwiałem, ale on i tak je zostawiał. Ostatnim razem dał mi piękną wełnianą chustę, ręcznie robioną.
O życiu swoim nie opowiadał tylko mówił: Wszystko dobrze, nie martw się tato. I tyle z rozmowy. Ale wiadomości krążą szybko w małych miasteczkach sąsiedzi potrafią podsunąć nowe wieści. Młoda sąsiadka, Kasia, była w mieście.
Poprosiłem Kasię, by przekazała Markowi słoik mojego dżemu i marynowanych grzybków. Miała do niego numer, więc zadzwoniła i umówili się na spotkanie.
Panie Stefanie, on przyjechał z taką… panią! Wszystko zabrał, uśmiechał się, kazał pozdrowić i powiedział, że wpadnie!
A kto to ta pani? zapytałem zaintrygowany.
Skąd mam wiedzieć? Nawet z auta nosa nie wyściubiła! Ale wie pan co, wydaje mi się, że starsza od niego, powiem szczerze, z pięć lat, dobrze zbudowana, mocno umalowana.
Zamyśliłem się. Marek o sprawach osobistych nigdy nie rozmawiał. Może następnym razem wypytam. A nie musiałem długo czekać.
Wychodzę z powrotem ze sklepu, a tu syn z chłopczykiem czekają na podwórku, auto pod samą furtką.
Przyjechał! Pospieszyłem, żeby uściskać Marka, a on się wycofał i mówi:
Cześć tato. Chciałem ci kogoś przedstawić. To Szymonek. Jest dla mnie jak syn.
Wchodźcie do domu, co będziemy tu na chłodzie stali zaproponowałem.
Nakryłem szybko do stołu, na szczęście ziemniaki były jeszcze ciepłe. Z kiszonek wyciągnąłem ogórki, kapustę, na talerz dałem miękkie, gotowane mięso.
Szymon siedział przy stole z noskiem spuszczonym na kwintę i bawił się widelcem. Zjedliśmy po cichu, wypiliśmy herbatę i pozwoliliśmy chłopcu wyjść na podwórko niech się rozejrzy, a my porozmawiamy.
Tato, muszę ci coś powiedzieć zaczął Marek. Rok temu się ożeniłem. No właściwie, z Justyną tylko się pobraliśmy. To jej syn. Nie mówiłem ci, nie miej żalu. Justyna nie chce się poznać z teściową.
Dlaczego? Co, ja taka zła? Bo wiejska jestem? Może nie pasuję?
Nie, tato. Miała bardzo nieudane pierwsze małżeństwo, jej teściowa była potworna, nie znosiła Justyny. Rozwiodła się głównie przez nią. Teraz po śmierci tej kobiety została jej tylko mieszkanie i auto. Jak się poznaliśmy wprowadziłem się do niej, a potem pobraliśmy się. Nawet nie chce słyszeć o teściowej.
To po co przywiozłeś tego chłopca? zapytałem zaskoczony.
No bo lato teraz, a Justyna w ciąży, w sierpniu rodzi. Ciężko jej z Szymkiem, nie spuszcza go z oczu. A ja wiecznie w pracy. Przypilnujesz go przez wakacje, a potem go zabiorę?
Oczywiście, nie ma problemu. Tylko czy sam będzie chciał tu z dziadkiem zostać?
A kto go pyta? Mama kazała, to jego sprawa słuchać.
Zdumiały mnie takie słowa, lecz nie miałem co się wtrącać w cudze sprawy. Justyny nie znam, chłopiec osiem lat, nie taki mały, a niebawem i własny wnuk lub wnuczka się urodzi. Radość!
Następnego ranka Marek wrócił do Poznania, a Szymon stał przy oknie ze śmiertelnie smutną miną.
Podszedłem i powiedziałem:
No dobra, Szymon, czas się jakoś zakumplować. Możesz do mnie mówić dziadek Stefan. Do której klasy idziesz?
Do drugiej rzucił przez ramię, nawet nie patrząc.
Chodź, pokażę ci kury i ogród. Truskawki już prawie czerwone, niedługo pozbierasz, są wczesne.
Nigdzie z tobą nie pójdę.
Dlaczego? Ja cię nie skrzywdzę, a mój pies, Azor, też nie zrobi krzywdy, jeśli tylko za bardzo się go nie przestraszysz.
Mama powiedziała, że jesteś zły. I długo tu nie będę. A twojego Azora się nie boję, tylko ciebie.
No, ładnie! Skąd twoja mama wie, że jestem zły, skoro nawet się nie znamy? Zostań tu, jak chcesz, ja idę do ogrodu, mam co robić, wnuczku.
Wyszedłem. Żal mi się chłopca zrobiło. Najwyraźniej Justyna musiała się nacierpieć przez poprzednią teściową, że tak syna nastawiła. Ale myślę: sercem i spokojem go rozbroję.
Zająłem się grządkami i kurnikiem. Wielkiego gospodarstwa nie prowadzę, kilka kur, dwie kaczki, też wystarczy. Nabiał kupuję u sąsiadki, matki Kasi, za parę złotych. A im czasem jaja przyniosę, czasem truskawek. Taka nasza wiejska wymiana.
Minął tydzień. Szymon powoli wychodził na podwórko. Pogładził Azora, podjadał truskawki. Nie rwał się do pomagania, ale nie naciskałem. Aż pewnego razu zaproponowałem, żeby poszedł ze mną do sklepu zgodził się!
W drodze powrotnej czynił mi wykład za wykładem, nie zamykał mu się buzia. Od tego momentu był nie do poznania: posprzątał, podlał grządki, Azora tylko sam karmił, zaprzyjaźnił się z miejscowymi chłopakami wieczorem trudno go było do domu zagonić.
Rozweselił się, zaczął czytać starą powieść o Robinsonie Crusoe jeszcze Markowa, z dzieciństwa. Z zachwytem opowiadał mi na głos i śmiał się z Piętaszka, podczas gdy ja wieczorem szydełkowałem skarpetki dla przyszłego wnuka. Przypomniałem sobie wtedy Marka też był taki wygadany rozrabiaka.
W sierpniu, jak obiecał, przyjechał Marek. Promieniał szczęściem przyszła na świat Julka. Jutro mieli odebrać żonę z córeczką ze szpitala. Przyjechał opowiedzieć o wnuczce i zobaczyć, jak sobie radzi Szymon.
Tato, z dziadkiem Stefanem jest super, lubię tu być! Mogę zostać do początku szkoły? Siostrę potem odwiedzę!
Tak się stało. Dla Julki przygotowałem prezenty własnoręcznie wydziergane maleńkie skarpetki, czapeczkę i leciutką pierzynkę. Syn podziękował, uściskał mnie i syna jak dorosłego i ruszył w drogę.
Kończył się sierpień. Szymon biegał po ulicy z kolegami, gdy zobaczyli zbliżający się samochód. Wysiedli z niego pulchna kobieta dziecko na rękach i Marek. Podszedł do nich Szymon.
Mama! zawołał i potknął się o kamień, ale nie zapłakał, tylko przyłożył do kolana liść babki. Justyna pocałowała go, złapała za rękę i weszła do domu.
Szymon, czy to normalne, żeby tak dzieci samopas po wiosce biegały? rzuciła na przywitanie.
Witaj, Justyno odpowiedziałem spokojnie. Dzieci u nas zawsze tak biegają. Szymon mi pomagał, a co się nie pobawić?
Podszedłem do wnuczki spała cichutko w ramionach mamy, piękna jak aniołek. Łzy same mi napłynęły do oczu.
Nakarmiłem rodzinę białym barszczem ze śmietaną i świeżym chlebem, zaraz wypytywałem, jak im się wiedzie.
Przyjechaliśmy po Szymona, szkoła zaraz. Pewnie już się znudził wam tu, w mieście mu lepiej będzie powiedziała Justyna zdecydowanie.
Chłopak wstał i powiedział głośno:
Nie chcę do miasta! Chcę mieszkać z dziadkiem Stefanem! Mamo, okłamałaś mnie, że on jest zły, on jest bardzo dobry!
Na twarzy Justyny pojawiły się rumieńce i urażony wyraz. Usiadłem obok niej spokojnie.
Mamo, nie wolno tak mówić. Przeproś i idź się pobaw, tylko nie wychodź z podwórka powiedziałem stanowczo. Szymon spuścił głowę, mruknął już nie będę i wyszedł.
Nie martw się o niego, Justyno. To bardzo dobry chłopak, posłuszny, dobrze go wychowałaś. Dziękuję, że go przywiozłaś. Niech przyjeżdża co lato, zawsze chętnie go przyjmę.
Ale wtedy zapłakała mała, Justyna od razu podskoczyła do niej. Dwa dni rodzina została u mnie. Syn wszystko naprawił, poprawił, a Justyna cały czas przy Julce, ja gotowałem i częstowałem, a Szymon pomagał, z każdym rozmawiał, opowiadał, jak świetnie mu się tu żyło.
W końcu wyruszyli w drogę powrotną. Marek z Szymonem i córeczką się pożegnali, a Justyna podeszła do mnie, objęła mnie i powiedziała:
Dziękuję, tato. Już nie pamiętam własnej mamy, a nie sądziłam, że teściowe też mogą być dobre. Wybacz mi. Markowi bardzo zależy, jest kochany i troskliwy.
Teraz jest już twój, córko. Mnie dałaś radość. I Szymonka przywoź, pokochałem go jak swojego.
Na tym się rozstaliśmy. Wszystko w rodzinie dobrze się ułożyło. Zabrali mnie na zimę do siebie by pomóc przy dzieciach i w domu. I na szczęście, z Justyną żyliśmy ze sobą bez konfliktów ku radości Marka i rezolutnego Szymona.
A mnie życie nauczyło: czasem wystarczy odrobina serdeczności i zaufania, by przełamać niechęć nawet jeśli ktoś inny doświadczył w życiu krzywdy. Warto dać ludziom szansę, bo dobro wraca.
