Na krańcu Polski. Śnieg wciskał się do trzewików, szczypał skórę. Rity nie stać na kozaki, a w botfo…

Na końcu świata.

Śnieg wciskał się do moich butów, szczypał skórę. Ale kupować gumiaki? Ani mi się śni! Lepiej kozaki za kolano, choć w tej wsi wyglądałabym w nich komicznie. Zresztą i tak tata zablokował mi kartę.

Naprawdę chcesz mieszkać na wsi? prychnął, krzywiąc usta.

Tata nie znosił wiejskich klimatów, odpoczynku na łonie natury, miejsc, gdzie nie ma miejskich wygód. I Grzesiek był taki sam dlatego właśnie postanowiłam wyjechać na wieś. Prawdę mówiąc, nie chciałam tu mieszkać, choć w odróżnieniu od ojca uwielbiałam wypady pod namiot i ten cały biwakowy romantyzm.

Ale mieszkać na wsi? Nie. Tylko tata usłyszał co innego.

Chcę i będę powiedziałam.

Przestań gadać głupoty. Co tam będziesz robić, ogony krowom zawijać? Myślałem, że latem wyjdziecie za mąż z Grześkiem że zaczniemy szykować wesele

Wesele. Tata wciskał mi Grześka jak zimną kaszę z grudami taką paskudną, że aż się zbierało na mdłości.

Nie, Grzesiek nie był odpychający. Przystojny nawet: prosty nos, ciemnoniebieskie oczy pod delikatnymi brwiami, zadbane lekko kręcone włosy, mocna sylwetka. Był prawą ręką mojego ojca, jego pomocnikiem, i już od pewnego czasu tata marzył, żebym wyszła za niego.

A ja Grześka nie znosiłam. Denerwował mnie jego nudny głos, parówki-palce, którymi zawsze coś przekręcał, przechwałki o tym, ile kosztował jego garnitur, zegarek, samochód… Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Nic ich nie interesowało, tylko kasa. A ja marzyłam o miłości. O uczuciach, które odbierają dech, jak w książkach. Nigdy takich nie doświadczyłam, ale wiedziałam one przyjdą. Zakochiwałam się często, fascynowałam tym czy innym chłopakiem, ale to zawsze były przelotne zauroczenia.

A ja pragnęłam śladów na duszy, dramatów. Nie spokojnego, przewidywalnego Grześka. Dlatego nauczanie w wiejskiej szkole wydało mi się świetnym pomysłem. Grzesiek za mną nie pojedzie. Przestraszyłby się braku internetu, ciepłej wody, kanalizacji.

Specjalnie znalazłam takie miejsce, gdzie nic nie odbiegało od wyobrażeń o prawdziwej wsi pod Białymstokiem: zimno, bez zasięgu, woda w wiadrach. Dyrektor szkoły nie chciał mnie przyjąć, nie bardzo wierzył, że sobie poradzę, ale poprzednia nauczycielka nagle zmarła, a ja byłam uparta, przyniosłam wszystkie certyfikaty i zaświadczenia o podnoszeniu kwalifikacji.

I co taki wykwalifikowany młody nauczyciel będzie robić na wsi? zapytała surowa kobieta z ognistymi rudymi włosami.

Uczyć dzieci odpowiedziałam z powagą.

No i uczę. Zamieszkałam w drewnianym domku bez ciepłej wody i kanalizacji, sama palę w piecu. Jak przewidywałam, Grzesiek przyjechał, spędził tu jedną noc i uciekł. Dzwonił, namawiał do powrotu, ale dla niego to była fanaberia, która zaraz minie.

Na początku podobało mi się tutaj. Ale gdy przyszła zima, dom w nocy wychładzał się tak, że pod pierzyną było lodowato, a noszenie drewna okazało się wyzwaniem. Szczerze mówiąc, chciałam wrócić, ale nie jestem przyzwyczajona do poddawania się. Poza tym teraz brałam na siebie odpowiedzialność za dzieci.

Klasa była niewielka, tylko dwanaścioro uczniów. Początkowo przeżyłam szok: w miejskim domu kultury, gdzie ostatnio pracowałam, dzieci były bystre, utalentowane. A tutaj… Sprawiali wrażenie zupełnie beznadziejnych. Trzecia klasa, a czytają sylabami. Zadania nie odrabiają. Na lekcjach hałas. Na początku… A potem się zakochałam w tych dzieciakach.

Szymek rzeźbił zwierzątka w drewnie cudowne liski, jeże, zające i misie, których nie powstydziłby się żaden sklep zabawkowy w Warszawie. Ania pisała białe wiersze, Włodek zostawał po lekcjach i sprzątał klasę, a Irenka miała jagnię, które codziennie towarzyszyło jej w drodze do szkoły jak pies.

Czytać potrafili, tylko nikt wcześniej nie dawał im odpowiednich książek. Szkolny program miałam gdzieś i jeździłam do pobliskiego miasteczka po tytuły, bo internet tu praktycznie nie działał, a zamówić coś graniczyło z cudem.

Tylko z jedną uczennicą nie mogłam się dogadać. I właśnie jej ojca Władysława zobaczyłam, kiedy po śniegu szłam z naręczem drzewa, mając odmrożone ręce i pełne buty śniegu.

Dzień dobry, Pani Rito powiedział, zatrzymując się kilka kroków od furtki.

Prawdę mówiąc, trochę się go obawiałam. Twarz miał surową, jak u gangstera. Nigdy się nie uśmiechał. A moje serce biło tak mocno, że aż bałam się, czy nie zauważy, jak bardzo się boję. Może jednak się nie boję?

Dzień dobry wydusiłam.

Czemu Tania ma same jedynki? mruknął.

Bo nic nie robi odparłam.

To ją zmoblizujcie. Kto jest nauczycielem: ja czy Pani?

Nauczycielem byłam ja. Ale zmuszać nie zamierzałam. Dziewczynka najprawdopodobniej była autystyczna, potrzebny zupełnie inny specjalista.

Tak zawsze było? zapytałam z ostrożnością.

Władysław zwątpił.

Nie zawsze. Kiedyś robiła wszystko razem z Olą.

Ola to…?

Wykrzywił się, jakby śnieg wpadł mu do buta.

To jej mama.

Tu już jasne, że kolejne pytanie należy zadać z rozwagą.

Gdzie teraz jest?

Na cmentarzu.

Tak to się czasem układa, jak mówił mój tata.

Stałam z drewnem w ramionach, niewygodnie i ciężko. Ale wstydziłam się powiedzieć. Kiedy górne polano spadło mi na nogę, syknęłam, porzuciłam drwa i ledwie powstrzymałam łzy, które napłynęły z bólu i upokorzenia, że tak się skompromitowałam przy dorosłym. Choć przecież sama jestem dorosła. Ale nie czułam się wtedy dorosła.

Pomogę rzucił Władysław.

Nie trzeba, sama sobie poradzę.

Widzę, jak sobie Pani radzi.

Dokręcił drzewa, poprawił futrynę, drzwi przestały się zacinać.

Proszę się zgłaszać, jeśli trzeba pomóc powiedział i poszedł.

Po co przyszedł? Myśli, że za kilka naręczy drewna wystawię Tani trójkę na półrocze? Raczej nie…

Myśli o dziewczynce nie dawały mi spokoju. Przez kilka dni próbowałam różnych sposobów zżerała mnie bezradność i współczucie. Nawet do wicedyrektorki poszłam.

Oj, daj spokój. Stawiaj jedynki, latem przejdzie do szkoły specjalnej.

To jak?

Komisja ją oceni, może otrzyma orzeczenie. Nic nie poradzisz, skoro takie dziecko.

Ale jej ojciec mówi, że kiedyś…

Co tam kiedyś! Matka biegała za nią, on nie da rady. Nie słuchaj go, wygada się…

Nie lubi go Pani, co?

Wicedyrektorka zacisnęła usta.

Nie musi mi się podobać. Dziecko powinno uczyć się w odpowiednich warunkach.

Nie zgadzałam się z tym. I nie byłam pewna, czy Tania powinna pójść do szkoły specjalnej. Dlatego zadzwoniłam do mojej ulubionej metodyczki, Ludmiły Sadowskiej, poradziłam się i postanowiłam odwiedzić dziewczynkę w domu. Bałam się okrutnie, nawet wypiłam herbatę z rumiankiem jak mama mawiała, to zawsze pomaga. Mamę już dawno straciłam, dlatego ta historia tak do mnie przemówiła.

Władysław nie był zachwycony moją wizytą, choć liczyłam na wdzięczność za chęć pomocy.

My nie przyjmujemy gości powiedział.

Zacisnęłam usta, jak wicedyrektorka, oznajmiając, że wychowawca ma obowiązek sprawdzić warunki domowe.

Pokój Tani był przepiękny. Różowe tapety, mnóstwo maskotek, stosy książek. Zazdrościłam trochę mój tata był minimalistą, nie znosił kolorów i falbanek. Moje dzieciństwo to beże i neutralne zabawki.

Za pierwszym razem nie udało mi się wiele osiągnąć. Pytałam o ulubione książki, przeglądałam je, interesowałam się kredkami. Tania milcząco przyniosła kredki, nic nie powiedziała o książkach. Tylko na końcu, gdy spytałam, jak się nazywa różowy królik, odpowiedziała:

Plusza.

Następnym razem przyniosłam Pluszy sweterek. Kiedyś mama nauczyła mnie dziergać, więc robiłam to dla niej z sentymentu. Nie umiem idealnie, wybrałam zbyt grube włóczki. Ale niespodziewanie Tania się ucieszyła, założyła sweterek i powiedziała:

Ładny.

Zaproponowałam, by dziewczynka namalowała Pluszę w nowym ubranku. I tak zrobiła. Wpisałam imię z błędem Tania poprawiła.

Nie jest żadną osobą upośledzoną.

Będę przychodzić do Tani trzy razy w tygodniu powiedziałam ojcu.

Nie mam na to pieniędzy burknął.

Nie chcę pieniędzy obruszyłam się.

Tak ustaliliśmy.

Wicedyrektorka, dowiadując się o moich wizytach, nie była zachwycona.

Tam samowolka. Wyróżnianie jednego dziecka? To niepedagogiczne! Zresztą to na nic, znam takie przypadki.

Ja też znam ucięłam. I wiem, że na znaczku nie stawia się krzyżyka.

Dziewczynka rzeczywiście była wyjątkowa: milcząca, nie patrzyła w oczy, wolała rysować niż pisać. Ale dobrze liczyła, gramatykę łapała w locie. Na koniec półrocza nie musiałam wystawiać naciąganych trójek wszystko było zasłużone.

Na Sylwestra wyjeżdżacie gdzieś? zapytał Władysław, unikając mojego wzroku.

Nie, zostaję zawstydziłam się, rumieniec rozlał mi się na policzkach.

Tania chce was zaprosić.

Dziwne. Sama Tania się nie odezwała. Ale nie mówi zbyt wiele. Nie chciałam jej sprawić przykrości, choć perspektywa świętowania Sylwestra u obcych też mnie peszyła.

Dziękuję, zastanowię się odpowiedziałam.

Spałam wtedy źle. Nie mogłam dojść, co mnie tak poruszyło. Przecież to naturalne, że po kilku tygodniach pracy z Tanią, dziewczynka się otworzyła. Czy nie tego właśnie pragnęłam? A co za różnica, co o tym myśli Władysław…

Z tymi myślami zasnęłam.

Rano zadzwonił Grzesiek.

Kiedy wracasz?

W jakim sensie?

No, na Sylwestra. Przecież nie będziesz świętować na wsi.

A właśnie, że będę!

Rito może przestań już? Ojciec wariuje, ciśnienie mu skacze, nie może sobie znaleźć miejsca.

Tata nie zadzwonił ani razu.

Niech pójdzie do lekarza burknęłam.

To serio nie przyjedziesz?

Serio.

Kurde. I co teraz?

Rób, co chcesz!

Mówiąc te słowa, nie przypuszczałam, że Grzesiek zrobi to: przyjedzie z szampanem, sałatkami i prezentami.

Jak góra nie pójdzie do Mahometa

Byłam w szoku. Nie nawet negatywnym nie spodziewałam się, że Grzesiek na coś takiego się zdecyduje. On zwykle świętował Sylwestra w eleganckiej restauracji, przy muzyce i konkursach. Tu nawet telewizora nie było.

Mniejsza z tym. Ważne, że jesteś uśmiechnął się.

Szukałam podstępu. Nie znalazłam. Może się myliłam co do niego? pomyślałam.

Jeszcze bardziej się rozczuliłam, gdy w paczce znalazłam moje ulubione dania, a w ozdobnym pudełku książki o pedagogice, projektor i nauczycielski kalendarz.

Dziękuję powiedziałam wzruszona. Myślałam, że znowu dostanę biżuterię albo jakiś gadżet.

Grzesiek roześmiał się.

Rito, zrozumiałem: jesteś największym skarbem w moim życiu. Jeśli chcesz mieszkać na wsi, zamieszkamy na wsi. Biżuterię też przyniosłem.

Wyjął czerwone aksamitne pudełeczko. Od razu wiedziałam, co w środku.

Mogę nie odpowiadać od razu? zapytałam.

Nie obraził się.

Bałem się, że od razu odmówisz. Poczekam, ile trzeba.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć schowałam pudełko do kieszeni.

Władysław miał mój numer komórki, ale zadzwonił na domowy.

Zastanowiła się pani? zapytał.

Przepraszam, mam gościa.

Rozumiem.

I odłożył słuchawkę.

Od razu zrobiło mi się przykro. Co za ton? Rozumiem Co rozumie? Przecież nic mu nie obiecywałam! Ale może się obraził? Może przez Tanię? Dziewczyna czeka, a każdy ojciec chce, by dziecko było szczęśliwe.

Od tych myśli rozbolała mnie głowa. A Grzesiek niczego nie zauważał próbował złapać internet, żeby włączyć noworoczne filmy.

Usłyszałam gwizd tak Władysław wołał psa. Wyjrzałam przez okno. Władysław i Tania stali przy furtce.

Policzki mi zapłonęły.

Kto to? mruknął Grzesiek.

Uczennica pisnęła Tania. Zaraz wracam.

Przygotowałam dla Tani prezent: przyjaciółkę dla Pluszy, różową króliczkę. Ojciec nazwałby to tandetą.

Władysławowi też zrobiłam prezent. Nie byłam pewna czy powinnam, ale zrobiłam: własnoręcznie wydziergane rękawice.

Chwyciłam upominki i pobiegłam jak stałam: bez czapki, w gołych nogach. Śnieg napchał mi się do butów, ale to już było bez znaczenia.

Cześć, Taniu! zawołałam. Szczęśliwego Nowego Roku! Spójrz, co ci kupiłam!

Wręczyłam Tani torebkę. Wyjęła króliczkę i przytuliła do piersi, spojrzała na ojca. Władysław podał dwa zawiniątka: większe i mniejsze. Tania najpierw rozwinęła większy była tam zeszyt z własnoręcznie namalowanym komiksem.

Dziękuję, cudowny komiks! zachwyciłam się.

W mniejszym pakunku broszka w kształcie ptaszka. Mała złota kolibra. Spojrzałam na Władysława, ale on nie patrzył na mnie. Tania powiedziała:

To po mamie.

Zawiązał mi się supeł w gardle.

To my pójdziemy burknął Władysław.

Oczywiście. Szczęśliwego Nowego Roku!

Wzajemnie

Chciałam przytulić Tanię, ale się nie odważyłam. Dziewczynka mocno trzymała maskotkę i milczała.

Idąc do domu, oglądałam się za nimi. Nie wiem czemu, ale ich sylwetki ściskały mi serce, weszłam do środka, mrugając i pociągając nosem.

No i co tam? zirytował się Grzesiek.

Spojrzałam na zeszyt i broszkę w dłoni. Przypomniałam sobie o rękawiczkach, których zapomniałam oddać. I o tym, co powiedziała Tania: po mamie I jaka u Władysława jest uśmiech taki zaraźliwy, wykradający się na twarz tylko wtedy, kiedy patrzy na córkę. W klatce coś się wyrwało i rozkwitło. Szkoda mi było Grześka, ale oszukiwać siebie i jego nie miało sensu.

Wyjęłam aksamitne pudełeczko z kieszeni, podałam mu je i powiedziałam:

Wróć do domu. Przepraszam, nie wyjdę za ciebie. Przepraszam powtórzyłam.

Twarz Grześka stężała. Nie był przyzwyczajony do odmowy.

Przez moment bałam się, że mnie uderzy, ale schował pudełko, wziął kluczyki do auta i wyszedł.

Szybko spakowałam jedzenie w pojemniki, złapałam rękawiczki dla Władysława i pobiegłam dogonić tych, którzy dziś byli mi najbliżsiŚnieg cicho sypał za oknem, ginąc bez śladu na grubych, białych warstwach. Przez kilka minut siedziałam w pustym pokoju, wsłuchując się w ciszę. Nie czułam triumfu, nie czułam porażki. Czułam tylko, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.

Wzięłam broszkę do ręki. Była delikatna, jakby w sobie skupiała wszystko, co kruche jak noworoczne postanowienia, jak dziecięce pragnienia, jak niewypowiedziane marzenia. Wiedziałam, że jest mi potrzebna, że to nie prezent, ale znak ktoś pamięta, ktoś oddał kawałek historii.

Pomyślałam o Tani, schowanej za maskotką, i o Władysławie, który pomaga, nie wypowiadając słów wdzięczności i tylko uśmiech mówił mi, gdzie ukrywa swoje uczucia.

Nie mogłam już dłużej siedzieć w domu. Narzuciłam kurtkę i, nie zważając na mróz, pobiegłam przez śnieg w stronę furtki. Po drodze zatrzymałam się, zaczerpnęłam głębokiego oddechu i ruszyłam do domu Tani.

Zapukałam. Władysław otworzył drzwi, spojrzał na mnie pytająco, ale tym razem nie musiałam nic tłumaczyć.

Zapomniałam wyciągnęłam rękawiczki. Dla pana.

Przez moment nic nie mówił. Wziął prezent ostrożnie, jakby bał się, że pęknie w rękach. Tania, stojąc obok, przytulała ukochaną króliczkę. Spojrzała na mnie spod grzywki, lekko się uśmiechając.

Chciałam podziękować dodałam cicho. Za wszystko.

Władysław otworzył drzwi szerzej. Z kuchni pachniało pieczonym chlebem i igliwiem.

Może herbaty? zaproponował, niepewnie, ale też z nadzieją.

Weszłam w ciepło tamtego miejsca. Tania ułożyła dwie maskotki, a potem podała mi rękę. Był to drobny gest, prawie nieistotny ale dla mnie stanowił wszystko. Przez chwilę siedzieliśmy w trójkę przy kuchennym stole, popijając herbatę z liści i milcząc. Cisza była łagodna, łagodniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Na dworze wystrzeliły pierwsze fajerwerki, gruchnęły w niebo, a ich kolory odbijały się od zasp na śniegu. Ja patrzyłam przez okno, a w środku rosło mi serce tak, jakby właśnie zaczynało się coś ważnego.

Zrozumiałam miłość nie jest jak w książkach, nie wybucha nagle, nie zawsze oszałamia od pierwszego spojrzenia. Czasem rozwija się po cichu, ukryta pod ręcznie dzierganymi upominkami, w czułości wobec dziecka, w prostych gestach, chlebie na stole i milczeniu, które nie boli.

Wiedziałam, że zostanę tutaj. Na końcu świata, gdzie śnieg szczypie w kostki, gdzie nie ma internetu, gdzie jest tylko to, co najważniejsze. Byłam u siebie.

A nowy rok zaczął się od cichego uśmiechu Tani, z ciepłą herbatą i dłońmi Władysława w nowych rękawiczkach i takiego szczęścia, które można poczuć, ale nie wypowiedzieć.

Za oknem rozbłysły gwiazdy. Świat może się kończyć tutaj, ale właśnie tu zaczyna się wszystko, co znaczące.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

7 + 3 =

Na krańcu Polski. Śnieg wciskał się do trzewików, szczypał skórę. Rity nie stać na kozaki, a w botfo…