Muszę ci wszystko wyjaśnić, córeczko…

— Muszę ci wszystko wyjaśnić, córeczko… — zaczęła Barbara, siadając przy stole.

— Smacznego! — powiedziała Paulina, zajmując swoje miejsce. Każdy w rodzinie miał swój ulubiony kąt. Mąż zawsze siadał twarzą do okna, dwunastoletnia Hania naprzeciwko, a Paulina, jako gospodyni domu, między nimi, plecami do kuchni.

Uwielbiała te wieczorne chwile, gdy cała rodzina zbierała się na kolację. Rano wszyscy się spieszyli — do pracy, do szkoły — nie było czasu na rozmowy. Paulina z mężem jedli obiady w pracy, Hania jadła w domu lub u koleżanki, której babcia piekła pierogi i gotowała żurek. Dlatego jedyną okazją, by spokojnie porozmawiać, był właśnie wspólny wieczorny posiłek.

Paulina zawsze marzyła o zgodnej rodzinie. Miała wprawdzie rodziców, później ojczyma i siostrę, ale czuła się jakby na uboczu. Tak już bywa.

Ojca pamiętała słabo. Nie krzyczał, nie beształ ją, ale patrzył zimno i obojętnie. Dlatego trochę się go bała. Matka też nie była rozmowna — zawsze miała zaciśnięte usta, nigdy się nie uśmiechała.

Kiedy Paulina wyszła za mąż, postanowiła, że w jej domu będzie inaczej. Ustanowiła zasadę: wspólne obiady w weekendy i kolacje w tygodniu. I nie tylko siedzenie przy jednym stole, ale prawdziwe rozmowy — dzielenie się tym, co nowego, planowanie, dyskusje.

— Gdzie pojedziemy na wakacje? Trzeba się zdecydować i kupić bilety, zarezerwować nocleg, bo przepadnie okazja — zapytała, gdy wszyscy już zjedli.

— Może u rodziców na działce? Tata prosił, żebym pomógł z remontem płotu — zaproponował Robert.

— Eee… Ja chcę nad morze! — jęknęła niezadowolona Hania.

— A my nie mamy takich pieniędzy. Jeszcze spłacamy kredyt hipoteczny, a do tego trzeba wymienić opony w samochodzie. Na działce zaoszczędzimy, a jak bardzo nam zależy, możemy pojechać gdzieś w okolice, np. do Zakopanego. Latem tam też jest fajnie.

Hania i Robert spojrzeli na Paulinę, czekając na jej zdanie.

— Zgadzam się z tatą. Choć morze też byłoby super…

— No właśnie! — ucieszyła się Hania.

Wtedy zadzwonił telefon.

— Twój — mruknął Robert, wkładając do ust ostatni kawałek kotleta.

Paulina odłożyła widelec i wyszła do pokoju. Dzwoniła mama.

— Mamo, co się stało?

— Przeszkadzam? Paulina, musimy porozmawiać. Przyjedź — krótko oznajmiła.

— Teraz? Źle się czujesz? — zaniepokoiła się Paulina.

— Wszystko w porządku. Po prostu przyjedź. — Mama się rozłączyła.

— O co chodzi? — spytał Robert, gdy wróciła do kuchni.

— Mama dzwoniła, kazała przyjechać. Coś pilnego. Pewnie znowu chodzi o Ewę.

— Trzeba jechać. Zawiozę cię.

— Nie, sama. Jak coś, odbierzesz mnie później?

— Jasne.

Mieszkali niedaleko, zaledwie kilka przystanków autobusem. Przez całą drogę Paulina zastanawiała się, o co chodzi. Matka nigdy nie prosiła jej o radę — dlaczego teraz? Przeczucie podpowiadało jej, że to nic dobrego.

Gdy mama otworzyła drzwi, od razu zobaczyła, że jest wyraźnie zdenerwowana.

— Chodź do kuchni. Herbaty? — zapytała.

— Właśnie jadłam kolację — odparła Paulina.

Kuchnia była mała. Stół stał tak ciasno, że nie dało się usiąść naprzeciwko siebie, więc zajęły miejsca po przekątnej. Zanim matka zebrała się na słowa, Paulina przyglądała się jej zmarszczkom. Czy zawsze było ich aż tyle? Mama nerwowo kręciła w palcach sznurek od fartucha. Paulina położyła dłoń na jej dłoni.

— Mamo, uspokój się. O co chodzi? — spytała łagodnie.

— Ewa dzwoniła… — zaczęła ostrożnie matka.

— A nie mówiłam? — wyrwało się Paulinie.

Mama spojrzała na nią z wyrzutem.

— Co tym razem? Mów wreszcie — ponagliła ją Paulina.

— Prosiła o pieniądze.

— No tak? Ile?

— Sto tysięcy złotych.

— Po co jej? Przecież wyszła za tego bogatego Turka. Pamiętasz, jak się tu przechwalała?

— Coś z biznesem tego Saida. Jest winien dużą sumę. Albo go oszukali, albo okradli. Nie zrozumiałam do końca. Pieniądze muszą być natychmiast, inaczej go zabiją.

— Wielka strata — prychnęła Paulina.

— Paulina! — zgromiła ją matka.

— No dobra, milczę. Ale skąd my mamy takie pieniądze? Zapomniała, jak tu żyjemy? Przecież chwaliła się, że Said jest bogaty, że jego ojciec ma potężny biznes. Jego rodzina nie może pomóc? Pewnie mają tam krewnych jak mrówki. Zawsze podejrzewałam, że z nim coś jest nie tak.

— Ewa mówiła, że Said sprzedał dom, teraz mieszkają u jego rodziców. Ojciec już część długu spłacił, ale brakuje jeszcze stu tysięcy.

— Dolarów? Euro? — zaśmiała się gorzko Paulina.

— Złotych. Już podjęłam decyzję. Sprzedam mieszkanie. Ale boję się, że sama nie dam rady z formalnościami. Dlatego cię wezwałam — żebyś mi pomogła.

— Mamo, co ty wygadujesz? Sprzedać mieszkanie, i to w pośpiechu! Zrozumiałabym, gdyby Ewa sama wpadła w tarapaty, ale ty chcesz to zrobić dla Saida? A gdzie sama będziesz mieszkać?

— Myślałam, że się do was wprowadzę… jeśli przyjmiecie — szepnęła matka i rozpłakała się.

Paulina siedziała w milczeniu. Ewa zupełnie straciła rozum, jeśli rzuciła na matkę taki ciężar. O czym ona w ogóle myśli?

— Mamo, nie płacz, coś wymyślimy. Może Ewa powinna wrócić, dopóki Said nie rozwiąże swoich problemów? Na bilet jakoś się zbierze.

— Nie może. Jest w ciąży — wyszeptała matka.

— Znowu?! I oczywiście w samą porę — załamała ręce Paulina.

— Już zdecydowałam. Nie mam wyjścia. Nie mogę jej w tym zostawić. Nie proszę cię o radę, tylko o pomoc w szybkiej sprzedaży.

— Mamo, zdajesz sobie sprawę, co to znaczy sprzedać mieszkanie? Trzeba wypisać się, znaleźć kupca, się przeprowadzić. To czas. Jeśli sprzedamy w pośpiechu, dostaniemy dużo mniej niż jest warte. Musimy to przemyśleć. Może da się inaczej zdobyć pieniądze. Dobrze, porozmawiam z Robertem, co można zPaulina przytuliła mamę i obiecała, że razem znajdą rozwiązanie, bo rodzina to jedyne, co naprawdę ma wartość.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

10 + 18 =

Muszę ci wszystko wyjaśnić, córeczko…