Moje najbliższe więzy

Moja krew

Katarzyna uwielbiała swojego syna, była z niego bardzo dumna. Czasem dziwiła się, że ten przystojny dwudziestoczterolatek to jej dziecko. Jak ten czas szybko leci. Przecież niedawno był malutki, a teraz już dorosły, ma dziewczynę, może niedługo się ożeni, założy własną rodzinę… Myślała, że jest na to gotowa, zaakceptuje każdy jego wybór, byle tylko był szczęśliwy.

I jak bardzo jest do niej podobny…

***

Wyszła za mąż jeszcze na studiach, z wielkiej miłości. Mama odradzała.

– Po co się śpieszycie? Będziecie żyć ze stypendium? Nie możecie poczekać choć roku? Najpierw skończcie studia. A jeśli dziecko? Kasia, opamiętaj się, miłość od ciebie nie ucieknie. No i twój Wojtek to jeszcze niezły gagatek…

Katarzyna nie słuchała i irytowała się na mamę. Jak ona może nie rozumieć, że bez ukochanego nie da się żyć? Oczywiście postawiła na swoim, wzięli ślub. Koleżanka mamy z pracy zaproponowała młodym małe mieszkanie po swojej zmarłej rok wcześniej matce. Nie będzie brała od nich pieniędzy, wystarczy, że opłacą czynsz. Jakie student ma pieniądze?

Mieszkanie stare, dziesiątki lat bez remontu. Ale prawie za darmo. Kasia uznała to za szczęście. Wymyła podłogi, powiesiła czyste firanki od mamy, narzuciła na wytarty fotel swój koc. Dało się żyć.

Tylko rozczarowanie małżeństwem i mężem przyszło zbyt szybko. I jak ciężko było przyznać, że mama, jak zwykle, miała rację. Po trzech miesiącach Kasia dziwiła się, jak mogła tak się pomylić co do Wojtka. Była ślepa?

Pieniądze w jego rękach nie zagrzewały miejsca. Od razu wydawał je na ciuchy albo nowe buty. Wychodził ze znajomymi do późna, a rano nie miał siły wstać na zajęcia. Czy go w ogóle obchodziło, co oni z żoną będą jeść? Skąd wezmą na zakupy?

Kasia znosiła to w milczeniu, nie mówiąc mamie. Ale ta i tak wszystko wyczuwała. Pomagała córce, dawała pieniądze, przynosiła jedzenie.

Ostatnio Wojtek coraz częściej zapraszał do siebie kolegów. W końcu miał własne mieszkanie! Wiecznie głodni studenci opróżniali lodówkę, zjadając wszystko, co przyniosła mama.

Pewnego ranka Wojtek otworzył lodówkę i zdziwił się, że pusta.

– Gdzie wszystko?

– Twoi kumple wczoraj zjedli, nie pamiętasz? – odpowiedziała Kasia z sarkazmem.

– Nawet sernik? – doprecyzował mąż.

Chyba nie zapili wódką.

– I schabowe, i sernik, i makaron, nawet ketchup i cytryna. Wszystko. – Kasia rozłożyła ręce.

Mąż zamknął lodówkę. Zjadł śniadanie – herbatę z wyschniętą kromką chleba, która przypadkiem została w chlebaku.

Kasia nie wytrzymała i wygarnęła mu wszystko, co myślała. Jeśli nie obchodzi go ona, jego żona, która ciągle zmywa góry naczyń i myje podłogi, to niech chociaż szanuje mamę. Ona kupuje im jedzenie, przynosi gotowe dania, a on karmi tym kolegów. Czy choć jeden dał mu pieniądze? Przyniósł bochenek chleba? Większość z nich dostaje od rodziców przelewy, ziemniaki, przetwory…

Mąż przepraszał, obiecywał, że to się nie powtórzy. Ale mijał tydzień, nadchodził piątek, i zjawiali się koledzy Wojtka, znów opróżniając lodówkę jak stado żarłocznej szarańczy.

– Mam dość, koniec, nie wytrzymam – powiedziała Kasia, rozumiejąc, że stawia kropkę nad ich małżeństwem.

KolPrzyjaciele już się nie pojawiali, ale teraz Wojtek zaczął znikać razem z nimi, aż w końcu pewnego dnia nie wrócił do domu wcale.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 3 =

Moje najbliższe więzy