W naszej rodzinie to żona jest „dobrym policjantem”, namawia dzieci do odrabiania lekcji, jedzenia zupy na obiad, układania rzeczy w szafie, ale jeśli słyszy od nich niezdrowe i głośne „nie”, prawie płacze i sama odrabia lekcje, nalewa zupę i odkłada rzeczy dzieci na miejsce. Tak jakby nie potrafiła im odmówić i nie wiedziała, jak je ukarać. Tylko kilka razy widziałem, jak straciła panowanie nad sobą i to z powodu kogoś innego, a nie dzieci. Jest bardzo cierpliwa i posłuszna.
Jestem złym nauczycielem, mogę chwycić za pasek i zagrozić, że coś zrobię, ale wtedy moje dzieci są posłuszne.
Potwierdza to niedawny przypadek. Moja żona ciągle błagała córki i syna, aby sprzątali. Jest ich trzech, łatwo jest wziąć ścierkę i powycierac kurze w mniej niż dziesięć minut. Tak samo jest z głównym sprzątaniem, ktoś weźmie miotłę, odkurzacz czy mopa i szybko to skończą, a jednocześnie pomogą mamie, ale dzieci odmówiły.
Problem rozwiązałem bardzo prosto, pozbawiając ich całego kieszonkowego, a co za tym idzie – spotkań z przyjaciółmi, oraz przypomniałem o ośrodku narciarskim, do którego nie pojadą, ale całe ferie spędzą u babci. To od razu poskutkowało i dzieci, choć nieszczęśliwie, z prychnięciami i oburzeniem, zabrały się do sprzątania.
Czy to dobrze, czy źle – wszystko jedno, byleby działało. Szkoda, że moja żona nie zdaje sobie z tego sprawy. Teraz, świadomy naszej sytuacji, radzę jej, by w razie czego powiedziała dzieciom, że powie mi, jeśli czegoś nie zrobią. Jestem pewien, że to również będzie działać bez zarzutu.



