Matka mojej żony, moja teściowa, dawno temu przeszła na emeryturę. Ona i jej mąż, mieszkają kilka przecznic dalej. On również jest na emeryturze, ale nadal pracuje jako profesor i dobrze zarabia. Ogólnie rzecz biorąc, żyje im się bardzo dobrze, w pewnym momencie, pomogli nawet mojej żonie i mnie kupić własne mieszkanie, za co jestem im bardzo wdzięczny. Mimo sporej sumy pieniędzy, jaką mają do dyspozycji w danym miesiącu, żyją dość skromnie, nie uciekając się do zbędnych wydatków.
Moja teściowa i teść, kochają nasze dzieci. Często odbierają je w weekendy, w niektóre dni po szkole, zabierają je na poczęstunek i pomagają im w lekcjach. Nasza córka i syn są drugoklasistami, więc bardzo potrzebują towarzystwa osób, które powiedzą im, jak rozwiązać zadanie i pomogą w czytaniu. Dziadkowie są dobrzy, opiekują się nimi, chodzą na spacery, zaszczepiają miłość do muzyki, czytają wnukom dobre książki, wszystko jest tak, jak być powinno. Moja teściowa również gotuje pyszne potrawy.
Wydawałoby się, że wszystko jest takie wspaniałe, ale jest jedno poważne „ale”, które od jakiegoś czasu mnie niepokoi. Moja teściowa ma ogromne pragnienie zaszczepienia w naszych dzieciach odrobiny niezależności i otwarcia przed nimi świata „możliwości” – mówiąc wprost, zawsze zabiera je ze sobą do sklepu. Zamiast sama wyjść i kupić to, co jej zdaniem jest potrzebne, czeka, aż podrzucę dzieci do niej lub sama odbierze je ze szkoły, a potem zabiera je do sklepu. Pozwala im wybierać jogurty, płatki śniadaniowe, ciastka, słodycze, soki… Ale jest surowa i nie pozwala im wybierać niczego innego. To znaczy żadnych zabawek, kolorowanek czy kredek, nawet podstawowych drobiazgów. Uważa, że takie rzeczy powinno się dawać dzieciom tylko w święta jako prezenty, ponieważ wydawanie pieniędzy na takie rzeczy za każdym razem to za dużo.
Można odnieść wrażenie, że celowo zabiera je nie tylko do działu z artykułami spożywczymi, ale także do działu z zabawkami, aby im dokuczyć. Kiedy dzieci wpadają w złość w sklepie, domagając się zabawki, ona nie reaguje – wyrywa im z rąk to, czego chcą, odkłada na półkę, próbując tłumaczyć, że to za drogie i że przyszły do sklepu po coś innego. Jest dość nieugięta w swoich wypowiedziach. Żadne płacze nie skłonią jej do ustępstw.
Nie rozumiem, dlaczego to robi. Czy widok płaczących dzieci sprawia jej przyjemność? A może uważa, że w ten sposób je wychowuje? Razem z żoną próbowaliśmy z nią delikatnie porozmawiać na ten temat, sugerując, że lepiej w ogóle nie zabierać dzieci do sklepów. Ona upiera się przy tym, chce, żeby mogli wybierać potrawy, które dla nich gotuje i słodycze, bo może „się pomylić, zabrać nie to, co trzeba”. Nie chce też chodzić na targ czy do zwykłego sklepu spożywczego, bo w dużym supermarkecie jest większy wybór. Proponowaliśmy nawet, że damy jej trochę pieniędzy z naszego budżetu, żeby mogła kupić coś dla swoich wnuków, ale ona odmawia przyjęcia czegokolwiek i mówi, że nie powinniśmy za bardzo rozpieszczać dzieci, bo od tego są Święta i urodziny.
Jak więc należy z nią postępować? Oczywiście jesteśmy również przeciwni, wydawaniu zbyt dużych kwot na zabawki, dlatego nie zabieramy dzieci do sklepów z zabawkami, pozwalając im na obejrzenie wystarczającej ilości, a następnie po prostu zabierając je stamtąd.
Tydzień temu, pokłóciłem się o to z żoną. Powiedziałem, że nie ma sensu, aby dziadkowie przyjmowali dzieci, bo to tylko podrażniało ich psychikę i sprawiło, że co drugi dzień wpadały w złość. Żona powiedziała mi, że skoro nie mam nic lepszego do roboty, to żebym sam zajął się moimi dziećmi. Zresztą powinienem być wdzięczny, że moja teściowa i teść mieszkają niedaleko nas i tak bardzo nam pomagają… oczywiście dokuczając dzieciom.

